
— Co się stało? — spytał dowódca straży, zapinając pas.
— Chodzi o porucznika Talenca, sir. Powiedział, że coś zauważył i wyszedł z obozu. Zniknął potem za wzgórzem i od tego czasu, czyli od dziesięciu, może piętnastu minut, już się nie pokazał. Jego radio również nie odpowiada.
— Nie rozumiem, jak mogło mu się tam coś przytrafić — powiedział dowódca, spoglądając na ciemniejącą równinę.
— Ale trzeba to sprawdzić. Sierżancie! — Wołany wystąpił i zasalutował. — Weźcie ludzi i odszukajcie porucznika Talenca.
To byli fachowcy: wynajęci przez Johna Company na trzydzieści lat, przygotowani na każde kłopoty na tej nowo odkrytej planecie. Rozproszyli się po równinie w tyralierę i ostrożnie ruszyli naprzód.
— Coś nie tak? — zapytał metalurg, wychodząc z szopy wiertniczej. W ręku trzymał tackę z próbką rudy.
— Nie wiem — odparł dowódca akurat w chwili, gdy z ukrytego żlebu i obu stron pagórka zaczęli wynurzać się jeźdźcy.
Zaskoczenie było zupełne. Strażnicy, doskonale wyszkoleni i uzbrojeni, zostali dosłownie wyrżnięci. Padło kilka strzałów, ale jeźdźcy, nisko pochyleni w siodłach, skutecznie kryli się przed ogniem. Rozległ się świst zwalnianych cięciw i ciskanych z ogromną siłą lanc. Jeźdźcy przemknęli jak burza, zostawiając za sobą dziewięć poskręcanych trupów.
