— Jadą tutaj — krzyknął metalurg i upuściwszy tacę rzucił się do ucieczki.

Syrena zawyła na alarm; z namiotów zaczęli wybiegać strażnicy, nadziewając się prosto na atakujących wojowników. Nie było czasu, by się przygotować do walki. Żołnierze nie mieli żadnych szans, ginęli zanim zdążyli wydobyć broń.

Wierzchowce napastników parły naprzód, tratując ziemię podobnymi do słupów nogami. Pierwszy z nich runął na ogrodzenie, obalając je własnym ciałem. Z drutów wystrzeliła iskra, śmiertelnie raniąc zwierzę. Jego długa szyja uderzyła o ziemię dosłownie u stóp dowódcy straży. Ten patrzył w niemym przerażeniu, jak jeździec dobił stwora. trafiając go strzałą w oko.

Wojownicy przemknęli tuż przy zasiekach, przeskakując przez ciało zabitej bestii. Wysyłali grad strzał ze swych krótkich, pokrytych laminatem łuków. Pomimo panującego półmroku mierzyli nadzwyczaj celnie. Rozkołysany krok ich wielkich wierzchowców na pewno im tego nie ułatwiał. Obrońcy padali jednak jak muchy — ranni lub zabici. Jedna ze strzał utkwiła w głośniku, który zatrzeszczał krótko i umilkł.

Odeszli równie szybko, jak się pojawili, znikając za ciemniejącym wzgórzem. W przerażającej ciszy, która teraz zapadła, słychać było jedynie jęki rannych. Nadchodziła noc, było coraz ciemniej.

W świetle zapalonych pochodni obóz przedstawiał okropny widok. Komandor wyprawy zaczął wykrzykiwać rozkazy przez megafon i dopiero to zdołało przywrócić jako taki porządek.

Wytoczono moździerze. Nagle jeden z wartowników krzyknął ostrzegawczo. Żołnierze odwrócili wielki reflektor, oświetlając ciemną masę jeźdźców, ponownie gromadzących się na wzgórzu.



3 из 176