
Twardokęsek nie był głupcem. O zbójeckim szczęściu i bogactwie szajki z Przełęczy chodziły szeroko legendy, szybko więc pojął, że odtąd każdy złodziej i przestępca zacznie dybać na jego życie. Nie ukryje się w Górach Żmijowych. Wykopią go choćby spod ziemi, nie teraz, to za rok, dwa albo pięć, kiedy już prawdziwie posunie się w leciech i osłabię. Wówczas przyjdą po niego nocką, pojmają i będą męczyć tak długo, póki nie wyda miejsca ukrycia skarbu.
Jeszcze tej samej nocy powędrował zatem dalej na południe, ku morzu. Nierad opuszczał znajome strony, ale w pierwszym porcie wlazł na statek płynący na Szczeżupiny, archipelag rozciągnięty wzdłuż wschodniego krańca Gór Żmijowych, i szczęśliwie wylądował na Tragance. Co prawda bogini Szczeżupin, Fea Flisyon od Zarazy, nie cieszyła się najlepszą sławą, jednak Twardokęsek nie był szczególnie pobożny. Każdej wiosny odprawiał świąteczne ceremonie, lecz nie oczekiwał zbyt wiele w zamian. Wiadomo, jak jest z bogami.
Stolica Fei Flisyon spodobała mu się od pierwszego wejrzenia. Podczas przeprawy nieomal wyrzygał wnętrzności, ale teraz szerokie morze odgradzało go od Mroczka, Uchacza i księcia Evorintha, a także wszystkich innych, którzy na niego polowali. Znalazł przyjazną gospodę na południowym stoku góry, wysoko, gdzie nie dochodził smród portowej dzielnicy. Po kilku nerwowych tygodniach coraz śmielej zapuszczał się w zaułki starego portu i wychodził nawet na główne aleje. Uczył się miasta powoli, smakował je niczym obcą potrawę, rozkoszował się obcymi woniami i widokami niepodobnymi do żadnych innych. Najbardziej zaś podobało mu się, że go tu nie znano. Nikt go nie pozdrawiał, kiedy szedł ulicą, dumnie gładząc wypielęgnowaną czarną brodę. Nie umykano przed nim spojrzeniem, gdy podchodził do straganu, by poprzebierać wśród sztyletów, które sprowadzano na Tragankę z całego świata. Nawet nie słyszano tu jego imienia. A przynajmniej z początku tak myślał.
