
Był pewien, że wszystko ułoży się jak najlepiej.
Ale oczywiście się nie ułożyło.
* * *
Wiedział, że jest sławny, lecz po tym, jak w pierwszej karczmie przy trakcie zobaczył swój konterfekt przybity na drzwiach, skóra mu ścierpła na grzbiecie. Nie miał czego szukać w dziedzinie księcia Evorintha, gdzie ładnych parę lat temu wyjęto go spod prawa i gdzie każdy człek mógł go ubić bez najmniejszej kary. Podążył więc na południe, stroniąc od ulubionych zbójnickich ścieżek, był bowiem pewien, że kamraci nie puszczą mu płazem zdrady i rabunku.
Nie spoczął, póki nie dotarł do Zarzynia, ludnego miasta na samym skraju Gór Żmijowych. Najął izbę na tyłach klasztoru Cion Cerena, gdzie starodawnym zwyczajem udzielano schronienia wędrowcom, i chciał trochę przeczekać. Niby odsądził się szmat drogi od Przełęczy Zdechłej Krowy, ale wciąż miał wrażenie, jakby dawni kamraci następowali mu na pięty. I nie zwiodło go przeczucie.
Nim minęło kilka dni, począł się za nim snuć jednooki żebrak, co była rzecz normalna, jako że w miastach roiło się od wszelakiego rodzaju nędzarzy. Jednakże ten jałmużnik nie pchał się przed oczy ani jękliwym zawodzeniem nie dopominał się datku. Przeciwnie, popatrywał z dala na herszta, kryjąc się za węgłami. Nie odchodził go wszelako na krok i Twardokęsek wnet pojął, że pilnuje go tylko w oczekiwaniu na nadejście wspólników. Zwyczajnych miejskich rzezimieszków zbójca się nie lękał, ale podejrzewał, że może to być jeden ze szpiegów Mroczka, których ten miał rozsianych po całych Górach Żmijowych.
Zasadził się na jednookiego dziada po zmroku. Schwycił go za gardło i zadusił jak kokosz, wycisnąwszy z niego wprzódy wyznanie, że istotnie z Przełęczy Zdechłej Krowy poszła w świat wieść o przeniewierstwie herszta i naznaczono na jego głowę nagrodę. Dawni kamraci okazali się hojniejsi nawet niż książę Evorinth, który obiecywał za rabusia trzos szczerego złota. Mroczek z Uchaczem rozesłali wici, że kto by pojmał Twardokęska, zatrzyma cały zrabowany przezeń skarbiec – oczywiście jeśli zdoła go od niego wydobyć.
