
Zrazu zbójca zamierzał przypaść do nich, obsobaczyć ich i skopać za zaniedbanie, ale po namyśle wzruszył ramionami. Szajka dała się dobrze we znaki kupcom, a i książęcy zaciężnicy zastanowią się dwa razy, zanim ruszą tropem osławionego herszta z Przełęczy Zdechłej Krowy. Tutaj, wysoko w górach, był bezpieczny. Tylko okoliczni pasterze znali ścieżki do grasanckiej kryjówki, ale żaden z nich nie posłuży pomocą wojsku z dolin. Zanadto lękali się Twardokęska, który, choć nie prześladował wieśniaków i starał się żyć z nimi w zgodzie, przecież bezlitośnie mścił się za zdradę.
Jednak niepokoiła go łatwość, z jaką Olsza i Strzałka zlekceważyli jego rozkaz. Ostatnie miesiące obfitowały w łupy. Nie głodowali od dawna, książęcy celnicy i żołnierze schodzili im z drogi, a kupcy byli tłuści i ospali jak zwykle. Zbójcy też obrastali w tłuszcz i dostatki, z każdym dniem bezczelniejąc i rozleniwiając się coraz bardziej. Wprawdzie wczorajsza potyczka okazała się krwawsza nad spodziewanie, ale Twardokęsek wiedział doskonale, że jeśli wkrótce coś nie zmąci błogich wywczasów na Przełęczy Zdechłej Krowy, wybuchną swary i grasanci poczną żreć się między sobą jak wściekłe psy. A potem, gdy jako herszt nie zdoła powściągnąć ich złości, któryś z kamratów rzuci mu się do gardła. Twardokęsek przewodził im od dobrych paru lat i wystarczająco wiele razy walczył o przywództwo, by doskonale rozpoznać ten moment, kiedy strach przed komendantem słabnie, a kompani zaczynają spoglądać łakomie na jego część łupu, na niewiasty, które przypadają mu w udziale, na miękkie kobierce, kosztowności i wino.
