
– Niewiele mogę ci pomóc. Tutaj też jesteś potrzebny.
– Rozumiem.
– Ale teraz jedź już do domu. – Doug poklepał Sama po ramieniu. – Sądzę, że dzieciom będzie tu dobrze.
– Obyś się nie mylił.
Sam właśnie sięgał po kurtkę, kiedy za oknem rozległ się sygnał nadjeżdżającej karetki pogotowia.
– No to na razie.
– Poczekaj, zobaczmy, kogo nam przywieźli.
– Ale naprawdę muszę już iść.
– Wiem, ale odkąd Mick wyjechał, brakuje nam lekarzy. Tylko zobaczymy…
Zanim Samowi udało się w końcu opuścić szpital, minęły kolejne dwie godziny.
Farma należała do najwspanialszych miejsc w całej okolicy. Pobliskie wzgórza pokrywało ponad dwieście hektarów doskonałych pastwisk, a między nimi leniwie wiła się połyskliwa wstęga rzeki. Od północy posiadłość graniczyła z parkiem narodowym. Było tu tak pięknie, że każdemu przybyszowi zachwyt zapierał dech w piersiach. Jednak dzisiaj Sam nie zwracał najmniejszej uwagi na uroki okolicy. Chciał jak najszybciej zobaczyć się z dziećmi.
Jedno spojrzenie powiedziało mu, że nie jest dobrze. Bliźnięta siedziały za stołem ze smutnymi minami i wzrokiem utkwionym w ziarnkach zielonego groszku, które Abigail Harrod właśnie wyłuskiwała do miski.
– Cześć, dzieciaki.
– Cześć, stryjku. – Bethany przynajmniej podniosła na niego oczy, ale Mickey pozostał nieruchomy.
– Jak wam minął dzień?
Wychodził z domu, kiedy dzieci jeszcze spały. Co prawda, w nocy zdążył im przedstawić gosposię, ale zaraz potem maluchy powędrowały do łóżek.
– Zwiedziliście już okolicę?
– Gdzie jest Blackie? – Beth utkwiła w twarzy stryja oskarżycielskie spojrzenie.
