– To wysiądź i zobacz – poleciła Beth tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Na szczęście jesteś lekarzem.

– No dobrze. – Chociaż leczenie urazów u geriatrycznych chabet nie należało do jego specjalności, Sam nie miał wyjścia. Po pierwsze koń całkowicie zagradzał drogę, a po drugie sprawiał wrażenie, jakby rzeczywiście ledwie się trzymał na nogach. – Ale wy macie zostać w samochodzie.

– Chcemy zobaczyć.

– To patrzcie przez szybę. Zabraniam wam wysiadać. – Co prawda o tej porze na głównej drodze do Coabargo nie było ruchu, lecz Sam wolał nie ryzykować. – Zrozumiano?

– Ale…

– Powiedziałem… – Tęsknie pomyślał o czasach, kiedy dzieci nie ważyły się kwestionować poleceń dorosłych.

– Ale jeśli okaże się, że jest ranny, to zabierzemy go do domu, prawda?

– Chyba żartujesz? – Sam otworzył drzwi i wysiadł. Zabrać konia do domu! Też coś! Jakby miał mało kłopotów.


Cathy Martin przewróciła się na bok, wtuliła głowę w poduszkę i mocno zacisnęła powieki, lecz sen i tak nie nadchodził. Nie przeszkadzały jej żadne hałasy. Wprost przeciwnie, w mieszkaniu panowała grobowa wręcz cisza. Nie szczekał żaden pies, żaden kot nie włóczył się mrucząc po sypialni, pod oknem nie muczały krowy, a koguty nie obwieszczały rychłego nadejścia świtu. Cathy nie miała tu nawet akwarium, w którym pluskałyby się złote rybki.

Powtórzyła sobie, że nie potrzebuje żadnych zwierząt. W ogóle nie potrzebuje kochać niczego i nikogo. Przynajmniej tego Sam zdołał ją nauczyć.

To właśnie było najgorsze. Nie słyszała oddechu Sama na sąsiedniej poduszce, nie mogła się do niego przytulić. A przecież Sam jest ostatnią osobą, do której powinna tęsknić. Cztery lata to chyba dostatecznie długo, żeby przeboleć rozpad małżeństwa, któremu zawsze daleko było do doskonałości.

Może przynajmniej kupi sobie papużkę?

Na Boga, Cathy, co też ci chodzi po głowie, skarciła się w duchu. Jeszcze ci mało? Jeszcze nie wierzysz, że wszelkie przywiązanie nieuchronnie sprowadza cierpienie?



2 из 112