
Przewracała się z boku na bok, aż w końcu z westchnieniem zapaliła nocną lampkę, wstała z łóżka i podreptała na bosaka do kuchni. I choć filiżanka gorącej herbaty nie rozwiąże jej problemów, skróci długie godziny oczekiwania na nadejście dnia.
Odkąd zachorowała, przynajmniej połowę wszystkich nocy spędzała na piciu herbaty. A może odkąd Sam ją zostawił?
Bzdura, odparł głos rozsądku. Po prostu masz kiepską noc. Dobrze wiesz, że nigdy nie pasowaliście do siebie.
Zapewne teraz by ją zaakceptował. Teraz, kiedy pozbyła się wszelkich zobowiązań. Jakże nienawidził bezpańskich kotów, psów, zabłąkanych wombatów i kogutów z połamanymi skrzydłami, które znosiła do domu! Obecność zwierząt nie pozwalała im na wspólne dalekie podróże, uniemożliwiła wysoko aspirującemu lekarzowi prowadzenie wymarzonego stylu życia pośród puszystych dywanów i kryształowych kieliszków.
Westchnęła i podeszła do dużego lustra w holu, w którym od początku choroby obserwowała zmiany zachodzące w swoim wyglądzie. Mimo że nigdy nie była gruba, jeszcze tak niedawno miała całkiem krągłą sylwetkę. Na początku Sam nawet gustował w jej kobiecych kształtach, choć z czasem uznał, że powinna jednak zrzucić parę kilogramów. Tak żeby, mając metr siedemdziesiąt wzrostu, mogła włożyć małą czarną sukienkę i wyglądać tak, jak – jego zdaniem – żona lekarza wyglądać powinna.
Teraz rzeczywiście bez problemu zmieściłaby się w taką kieckę, a nawet dwukrotnie owinęła ją wokół bioder. Cathy przyjrzała się swemu odbiciu w lustrze. Chociaż czuła się już lepiej, nadal była chuda jak szczapa.
Choroba sprawiła, że pozostał z niej cień dawnej Cathy. Niegdyś pyzata twarz stała się blada i pociągła, piegi zblakły, a długie kasztanowe loki zastąpiła krótko przycięta fryzurka, o którą łatwiej było dbać w szpitalnych warunkach.
Przypominam teraz jedną z tych przeraźliwie chudych modelek, które żywią się zapachem sałaty, pomyślała.
