
– Cathy…
– Co ty wyprawiasz? Próbowałeś ukraść konia?
Jakby nie zrozumiał pytania. Co tam koń! W tej chwili tylko przemiana, jaką dostrzegł w jej wyglądzie, zaprzątała mu myśli. Widok Cathy kompletnie zwalił go z nóg. Kiedy ostatnio się widzieli, miała pełną, zaokrągloną sylwetkę. Była kobietą z krwi i kości. Teraz z trudem przychodziło mu uwierzyć, że ma przed sobą tę samą osobę. Wyglądała jak zjawa z innego świata.
Tylko ubrana była jak zwykle na sportowo, a wyraz zielonych oczu, w których błyszczały te same, niebezpieczne ogniki, mówił, że spodziewa się po nim wszystkiego, co najgorsze.
– Może wyjaśni pan tej pani, dlaczego próbował pan ukraść jej konia? – polecił policjant. – Czy rozpoznaje pani męża? – dodał, zwracając się tym razem do Cathy.
– Byłego męża.
– Skoro tak, to nie miał prawa wchodzić do zagrody?
– Nie, ale…
– Proszę mi wyjaśnić, czy to rodzinne nieporozumienie, czy też mamy do czynienia z przestępstwem – zażądał znużony sierżant. – Jeśli to nie jest prywatna sprzeczka, musimy przymknąć tego pana, bo koń należy do starego Bayneya. A jeśli pani pozwoliła panu wejść do zagrody, to tylko marnujemy czas.
– Chciałeś przyprowadzić konia do mnie, tak? – zapytała, nie spuszczając wzroku z twarzy Sama. – Wybij to sobie z głowy. Nie mogę się nim zająć.
– Ja wcale…
– W każdym razie to właśnie sugerowałeś w liście zostawionym w klinice. Chciałeś przerzucić na mnie odpowiedzialność?
– Wtedy tak, ale…
– Co zamierzałeś zrobić z koniem, Sam?
Zachowanie Cathy całkowicie zbiło go z tropu. Nie znał jej takiej. Skąd ten dystans, rezerwa? Co się stało z porywczą dziewczyną, która cztery lata temu oblała go wiadrem pomyj, kiedy kazał jej wybrać między życiem wśród zwierząt a wyjazdem u boku męża do Stanów?
– Chciałem go zabrać do domu, dla bliźniąt.
– Bliźniąt?
