
– Mówi pan, że aresztowaliście Sama Craiga?
– Tak, proszę pani.
Cathy z niedowierzaniem pokręciła głową. Usłuchała policjanta i włożywszy dżinsy i koszulkę, najszybciej jak mogła zjawiła się w komisariacie, mimo że nie miała najmniejszego zamiaru oglądać złodzieja.
– Sam Craig jest, to znaczy był moim mężem, ale z tego, co wiem, przebywa obecnie w Stanach Zjednoczonych.
– Ten człowiek upiera się, że tak właśnie się nazywa. Poza tym, miał przy sobie klucz do zagrody.
– I chciał ukraść konia?
– Tak. Twierdzi, że o siódmej rano mają go zabrać na ubój. Podobno chciał zapłacić, nawet zostawił dwieście dolarów…
– Ktoś rzeczywiście zostawił taką sumę.
– To może naprawdę pani mąż?
– Mój były mąż nigdy w życiu nie zapłaciłby dwustu dolarów, żeby uchronić starą kobyłę od śmierci. To do niego niepodobne. Musieliście przymknąć kogoś innego.
– Cathy! – Odwróciła się i zobaczyła… Sama. – Coś ty do diabła ze sobą zrobiła? – spytał z przerażeniem.
Zaniemówiła Sam wyglądał dokładnie tak samo, jakim go zapamiętała. Wysoki, świetnie zbudowany i opalony. Jak zwykle. Wokół oczu siateczka zmarszczek od częstych uśmiechów, takie same niebieskie dżinsy i odpięta pod szyją koszula. Zawsze tak się ubierał po powrocie z pracy. Kiedy zobaczyła go po raz pierwszy w życiu, nie była w stanie opanować przyspieszonego bicia serce. Teraz czuła się podobnie.
To łajdak, powtarzała sobie w duchu. Zwyczajny łajdak. A jednak chyba, wbrew samej sobie, nadal go kochała.
– Cathy, co ci się stało? – Gdyby nie to, że policjant mocno trzymał go za ramię, nie zawahałby się wziąć jej w ramiona. Tymczasem tylko przyglądał się tej drobnej postaci, jakby właśnie zobaczył ducha. – Co ci jest?
– Nic – odparła tak chłodnym tonem, że poczuł się, jakby ktoś oblał go wiadrem zimnej wody.
Z trudem panowała nad wzruszeniem. Wiedziała, że musi udawać obojętność. W przeciwnym razie ten człowiek po raz wtóry zrujnuje jej życie.
