A do tego wszystkiego musi coś postanowić względem tej nieszczęsnej chabety. Przecież nie zabierze jej do domu. Musi ją odprowadzić do… Oczywiście! Do Cathy. Że też dopiero teraz przyszło mu to do głowy. Jej lecznica znajduje się zaledwie dwie przecznice dalej. Mimo że miasteczko bardzo się zmieniło, Sam nadal nieźle się w tej okolicy orientował.

Kiedy delikatnie pociągnął za uzdę, zwierzę bez oporu uczyniło krok do przodu. Świetnie. To znaczy, że może chodzić. Pamiętał, że obok przychodni znajduje się niewielka zagroda. Weźmie dzieci i wspólnie zaprowadzą tam konia. Sam założy mu prowizoryczny opatrunek, a rano Cathy zaszyje ranę. W ten sposób może jeszcze przed pierwszą uda mu się dotrzeć na farmę. Najchętniej po prostu zadzwoniłby na policję, przekazał informację o rannym zwierzęciu i ruszył w dalszą drogę. I zapewne tak właśnie by postąpił, gdyby nie dwie dziecięce twarze przylepione do szyby.

– Biedny konik – wzdychała Beth. – Stryjku, to chłopiec czy dziewczynka?

– To klacz.

– Super! – Mała odsłoniła w uśmiechu szczerbę po niedawno utraconych jedynkach. – Ja wolę dziewczynki. Myślę, że ona chce z nami zostać. Przecież i tak będziemy mieszkać na farmie, więc możemy ją zabrać, prawda?

– Nie, nie możemy. I tak mam już dość kłopotów.


Była dziewiąta rano i Cathy właśnie wykonywała serię zaleconych przez lekarza ćwiczeń. Leżała na podłodze ze wzrokiem utkwionym w niebie za szybą i lekko uniesionymi stopami. Niestety, zamiast okna był jedynie świetlik w suficie, co sprawiało, że nieraz czuła się tutaj jak w klatce. Nie miała jednak wyboru. I tak z trudem znalazła niedrogie lokum w pobliżu szpitala.

Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek telefonu. Aparat stał na niskim stoliku przy łóżku, więc po prostu wyciągnęła rękę.

– Doktor Martin?

– Cześć, Rebeko. Coś się stało?



6 из 112