
Kiedy delikatnie pociągnął za uzdę, zwierzę bez oporu uczyniło krok do przodu. Świetnie. To znaczy, że może chodzić. Pamiętał, że obok przychodni znajduje się niewielka zagroda. Weźmie dzieci i wspólnie zaprowadzą tam konia. Sam założy mu prowizoryczny opatrunek, a rano Cathy zaszyje ranę. W ten sposób może jeszcze przed pierwszą uda mu się dotrzeć na farmę. Najchętniej po prostu zadzwoniłby na policję, przekazał informację o rannym zwierzęciu i ruszył w dalszą drogę. I zapewne tak właśnie by postąpił, gdyby nie dwie dziecięce twarze przylepione do szyby.
– Biedny konik – wzdychała Beth. – Stryjku, to chłopiec czy dziewczynka?
– To klacz.
– Super! – Mała odsłoniła w uśmiechu szczerbę po niedawno utraconych jedynkach. – Ja wolę dziewczynki. Myślę, że ona chce z nami zostać. Przecież i tak będziemy mieszkać na farmie, więc możemy ją zabrać, prawda?
– Nie, nie możemy. I tak mam już dość kłopotów.
Była dziewiąta rano i Cathy właśnie wykonywała serię zaleconych przez lekarza ćwiczeń. Leżała na podłodze ze wzrokiem utkwionym w niebie za szybą i lekko uniesionymi stopami. Niestety, zamiast okna był jedynie świetlik w suficie, co sprawiało, że nieraz czuła się tutaj jak w klatce. Nie miała jednak wyboru. I tak z trudem znalazła niedrogie lokum w pobliżu szpitala.
Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek telefonu. Aparat stał na niskim stoliku przy łóżku, więc po prostu wyciągnęła rękę.
– Doktor Martin?
– Cześć, Rebeko. Coś się stało?
