
– Trudno byłoby mi zmieścić konia w mieszkaniu – mruknęła Cathy z goryczą. Cały jej ogród stanowiło teraz dwadzieścia metrów kwadratowych wylanych betonem, które dzieliła z lokatorami pozostałych piętnastu mieszkań.
– Wiem. W takim razie zadzwonię do ubojni. Ale co mam zrobić z pieniędzmi?
– Nie możesz sprawdzić, kto je zostawił?
– Niestety nie.
– W takim razie włóż tę kopertę do sejfu. Kiedy nasz tajemniczy dobroczyńca się pojawi, oddamy mu całą sumę.
– Nie wiem, czy Steve nie będzie chciał odliczyć opłaty za przetrzymanie zwierzęcia.
To całkiem w jego stylu, pomyślała Cathy.
– Nie, Rebeko. Po prostu nic mu nie mów. W końcu koperta adresowana jest do mnie. Włóż ją zaraz do sejfu.
Odłożyła słuchawkę i wróciła do ćwiczeń. Jednak myśl o starej opuszczonej kobyle, czekającej na rychłą śmierć, nie przestała jej prześladować. Ktoś, kto pamiętał Cathy z dawnych czasów, obdarzył ją zaufaniem…
– Witaj z powrotem na pokładzie, Sam. Dobrze cię znowu widzieć, choć gdyby nie ta tragedia, pewnie nigdy byś do nas nie wrócił.
Sam uśmiechnął się. Była piąta po południu i spędził prawie całą niedzielę, zaznajamiając się z organizacją pracy w szpitalu i personelem. Kiedy poprzednio tu pracował, był jedynym chirurgiem w całym miasteczku. Teraz zrobił specjalizację z ortopedii. W międzyczasie Coabargo zmieniło się nie do poznania z zabitej deskami dziury w jedno z najszybciej rozwijających się miast w kraju. Szpital, który poprzednio był w stanie przyjąć najwyżej dwudziestu pacjentów, rozrósł się do rozmiarów dużej kliniki, z łóżkami dla dwustu chorych. Zatrudniał już czterech chirurgów, a następnych należało spodziewać się lada chwila.
Jeszcze kilka lat temu Doug Parker pracował zupełnie gdzie indziej, a szpitalne księgi prowadził w wolnych chwilach, by dorobić do pensji. Teraz pełnił funkcję dyrektora administracyjnego szpitala, a sądząc z jakości garnituru, który miał na sobie, powodziło mu się lepiej niż dobrze.
