
Musieli znaleźć tę dziewczyną.
I chłopaka też – Matthew.
Pięciu łowców przedzierało się przez gęste zarośla, gdzie, jak im się zdawało, spadła ta dziewczyna. Powinna tu być! Musieli wytropić okaz zwany Tinkerbell i zniszczyć ją, jeśli jeszcze żyła po upadku z dużej wysokości.
Uśpić Tinkerbell, myślał Harding Thomas, prowadząc grupę poszukiwawczą. Był to eufemizm, który czynił takie chwile łatwiejszymi do zniesienia: uśpić kogoś. Tak, jak to się robi ze zwierzętami. To nie jest śmierć ani morderstwo – po prostu spokojny sen.
Wydawało mu się, że wie, w którym dokładnie miejscu dziewczyna spadła z nieba jak kamień, ale ciała nie było ani na ziemi, ani pośród gałęzi wysokich jodeł.
Nie mogli jej tu zostawić; nie wolno dopuścić do tego, by odnaleźli ją jacyś turyści. To dopiero byłaby tragedia.
– Tinkerbell, słyszysz mnie? Jesteś ranna, kochanie? Chcemy cię tylko zabrać do domu. To wszystko – krzyczał Thomas, starając się przybrać jak najłagodniejszy ton. Nie miał z tym kłopotu, bo naprawdę lubił Max i Matthew.
Imię „Tinkerbell” było pseudonimem, ale Thomas zawsze tak nazywał tę małą. Matthew natomiast był „Piotrusiem Panem”, a sam Thomas „wujkiem Tommym”.
– Tinkerbell, gdzie jesteś? Wyjdź do nas, proszę. Nie zrobimy ci krzywdy, kochanie. Nawet się na ciebie nie gniewam. To ja, wujek Tommy. Możesz mi zaufać. Komu zaufasz, jak nie mnie?
– Słyszysz? No chodź, mała. Wiem, że gdzieś tam jesteś. Zaufaj wujkowi Thomasowi. Nikt inny nie może ci pomóc.
ROZDZIAŁ 5
Max żyła. Niesamowite, niesamowite, niesamowite!
Ale była postrzelona i nie wiedziała, jak ciężko jest ranna. Pewnie nie bardzo, bo jeszcze nie zemdlała i wyglądało na to, że nie straciła wiele krwi.
Przez wiele godzin trzymała się czubka drzewa, ukryta wśród gęstych gałęzi. Miała nadzieję, że nikt jej nie widzi. Próbowała się nie ruszać. Być cicho. Pozostać nie zauważoną.
