
Kit Harrison sięgnął do jeepa i uczynił coś strasznego – ze srebrzystego stojaka na broń wyjął strzelbę myśliwską. Co za sukinsyn.
Nie wierzyłam własnym oczom. Dostałam gęsiej skórki.
Krzyknęłam do niego, głośno, co nieczęsto mi się zdarza.
– Chwilę! Hej! Ty! Czekaj! Moment!
Zwrócił się do mnie twarzą. Miał całkowicie spokojną minę.
– Co? – spytał.
Czy rzucał mi wyzwanie? Był na tyle bezczelny?
– Słuchaj no. – Puściłam drzwi, które zatrzasnęły się głośno. Podeszłam do Harrisona. Nie ma mowy, żeby na mojej ziemi mieszkał ktoś, kto wozi ze sobą strzelbę myśliwską. Nie ma mowy! Po moim trupie. – Zmieniłam zdanie. Nic z tego nie będzie. Nie możesz zamieszkać w moim domu. Nie życzę sobie tam żadnych myśliwych. Żadnych ale!
Bez słowa odwrócił się i zatrzasnął schowek. Ten bezczelny typ zachowywał się, jakby nie słyszał, co do niego mówię.
– Przykro mi – powiedział nie patrząc na mnie. – Zawarliśmy umowę.
– Właśnie straciła ważność! Nie słyszałeś, co mówiłam?
– Umowa to umowa – odparł.
Wyciągnął z samochodu latarkę, czerwonawą torbę, drugą ręką zaś podniósł tę okropną strzelbę. Byłam jak w amoku, powtarzałam bez przerwy „Słuchaj no”. Ale on nie zwracał na mnie uwagi, wydawało się, że nic do niego nie dociera.
Zamknął nogą drzwi samochodu, włączył latarkę i jakby nigdy nic ruszył ścieżką w stronę lasu. Wkrótce rozpłynął się w ciemnościach.
Krew tętniła mi w uszach.
W moim domu zamieszkał cholerny myśliwy.
ROZDZIAŁ 4
Zapadał już zmrok, a łowcy ciągle nie mogli znaleźć ciała tej małej. Doskwierało im zimno i głód, byli wściekli jak cholera, no i bali się. Jeśli zawiodą, spotkają ich przykre konsekwencje.
