
Dziewczynka szlochała, a jej ojciec był wyraźnie przybity. Pomyślałam sobie, że i on w końcu pęknie.
– Pieniądze nie grają roli – powiedział.
Pieniądze rzeczywiście nie grały roli, ponieważ łani tak czy inaczej nie dałoby się uratować. Młody jeleń natomiast miał pewną szansę przeżycia. Jeśli do porodu zostało niewiele czasu. Jeśli płód nie został zbyt mocno poturbowany przez dwutonową ciężarówkę. I jeśli zostanie spełnionych jeszcze kilka warunków.
– Nie mogę uratować łani – powiedziałam do ojca dziewczynki. – Przykro mi.
Duffy skinął głową. Był budowniczym i jednym z miejscowych myśliwych. Ja uważałam go za tępaka. Najlepiej pasowało do niego określenie „bezmyślny”; choć może to właśnie było jego największą zaletą. Wyobrażałam sobie, jak musi się czuć ten człowiek, zazwyczaj przechwalający się upolowaną zwierzyną gdy słyszy, jak jego córeczka prosi, by uratować życie jakiejś tam łani. Jedną z wielu irytujących wad Duffy’ego było to, że od czasu do czasu zaglądał tu i bezczelnie mnie podrywał. Naklejka na zderzaku jego samochodu głosiła: POPIERAJ OCHRONĘ ŚRODOWISKA. URZĄDŹ BALANGĘ.
– A młode? – spytał.
– Może się uda – odparłam. – Pomóż mi dać jej narkozę, to zobaczymy.
Delikatnie wsunęłam maskę na pyszczek łani. Wcisnęłam pedał i przez rurkę z sykiem popłynął halotan. W brązowych ślepiach łani pojawił się strach i niewyobrażalny smutek. Wiedziała, co ją czeka.
Mała dziewczynka objęła brzuch łani i zaniosła się głośnym płaczem. Bardzo ją lubiłam. W jej oczach widać było siłę ducha. Przynajmniej córka udała się Duffy’emu.
– Cholera, cholera – zaklął. – Zauważyłem ją dopiero, jak wylądowała na klapie silnika. Zrób, co w twojej mocy, Frannie – dodał, zwracając się do mnie.
Delikatnie odciągnęłam dziewczynkę od łani. Wzięłam ją za ramiona i odwróciłam ku sobie.
– Jak masz na imię, kochanie?
– Angie – odparła, łykając łzy.
