
– Angie, posłuchaj mnie, kochanie. Łania niczego w tej chwili nie czuje, rozumiesz? To nie będzie jej bolało. Obiecuję.
Angie przytuliła się do mnie i przytrzymała z całej siły. Pogładziłam ją po plecach i powiedziałam, że będę musiała uśpić łanię, ale zrobię wszystko, żeby uratować małe.
– Proszę, proszę, proszę – powtarzała Angie.
– Będzie wam potrzebna koza. Do karmienia małego – informowałam Duffy’ego. – Może nawet dwie albo trzy.
– Żaden problem – odparł.
Kupiłby karmiące słonice, gdybym kazała mu to zrobić. Nade wszystko pragnął uszczęśliwić swoją córeczkę.
Poprosiłam ich, żeby wyszli i pozwolili mi pracować. Musiałam przeprowadzić krwawą, ciężką i paskudną operację.
ROZDZIAŁ 2
Kiedy Duffy przyszedł z ranną łanią do „Zwierzyńca”, była już siódma wieczorem; od tego czasu upłynęło około dwunastu minut. Nieszczęsne zwierzę leżało na stole nieprzytomne i bardzo mi go było szkoda. Moja siostra, Carole, zawsze nazywała mnie Mazgajowatą Frannie. Mój mąż, David, też lubił tak na mnie mówić.
Niecałe półtora roku temu David został zastrzelony na parkingu przed szpitalem komunalnym w Boulder. Wciąż nie mogłam się z tym pogodzić, wciąż ogarniała mnie rozpacz. Może byłoby mi lżej, gdyby policja schwytała zabójcę Davida, ale tak się nie stało.
Otworzyłam brzuch łani i przecięłam ścianę macicy. Wyciągnęłam małego jelenia, modląc się, bym nie musiała go uśpić.
Płód miał około sześciu miesięcy i na pierwszy rzut oka wydawało się, że jest zdrowy. Ostrożnie przeczyściłam palcami jego przewód oddechowy i nałożyłam na mały pyszczek maskę tlenową.
Puściłam tlen. Klatka piersiowa jelonka drgnęła. Zaczął oddychać.
I wtedy z jego pyszczka wyrwał się pisk. Boże mój, cóż za cudowny dźwięk. Powstało nowe życie. O rany, w takiej chwili zawsze ogarnia mnie wzruszenie. Mazgajowata Frannie.
