
– Panna Telford? Pan Kostopoulos chce się z panią widzieć.
Sam wszechpotężny Kostopoulos? Zdenerwowała się jeszcze bardziej. Cały ten sześćdziesięcioośmiopiętrowy biurowiec, usytuowany w najdroższej części Manhattanu, był własnością firmy Kostopoulos Shipping and Export.
Spięta, ruszyła w kierunku podwójnych drzwi prowadzących do gabinetu, który sprzątała niecałe osiemnaście godzin temu. Przemoczone tenisówki wydawały dziwny odgłos, kiedy stąpała po lśniącej marmurowej posadzce. Ten dźwięk jeszcze bardziej potęgował jej napięcie.
Mimowolnie zerknęła na ścianę i odetchnęła z ulgą, widząc wśród wyeksponowanych tu płócien i grafik obraz Picassa. Przez chwilę już się bała, że została wezwana, bo w nocy dokonano włamania. A przecież dzieło Picassa powinno znajdować się w muzeum, na przykład w paryskim D'Orsay, by cały świat mógł cieszyć nim oczy, a nie w prywatnej kolekcji, gdzie podziwiać go mogli tylko wybrańcy.
Uderzająca w swojej prostocie, a mimo to pełna wdzięku kompozycja rąk, trzymających bukiet kwiatów, z pewnością wyszła spod ręki mistrza. Przypuszczalnie była to nieznana wersja znakomitego płótna Petit Fleurs, warta fortunę. Do transakcji doszło zapewne w wyniku poufnych negocjacji z rodziną Picassa.
Ciekawe, jak ten gabinet wygląda w dziennym świetle, przemknęło jej przez myśl. Obrzuciła pokój pośpiesznym spojrzeniem i znieruchomiała, bo jej wzrok przykuła potężna sylwetka stojącego przy oknie mężczyzny. W tym urządzonym w hellenistycznym stylu wnętrzu nieodparcie kojarzył się z greckim bogiem, który zstąpił z Olimpu. Nie mogła oderwać od niego oczu. Rzeczywiście jest numero uno.
Surowo ściągnięte rysy świadczyły, że był pogrążony w jakichś ponurych rozważaniach. Wzdrygnęła się na myśl, że może ma to jakiś związek z nią. Mężczyzna zdawał się być zupełnie obojętny na otaczający go luksus. Stał nieruchomo, wpatrzony w niewidoczny punkt w przestrzeni.
