
Przyglądała mu się w milczeniu. Miała duszą artysty i żyła w świecie barw, nic więc dziwnego, że tak poruszyła ją głęboka czerń jego włosów. Tak głęboka, że nawet promień słońca nie mógłby jej przebić. Może to kolor z czasów, nim jeszcze Bóg stworzył światło?
Rysy twarzy, a zwłaszcza linia brwi, niepokoiły, przykuwały uwagę. Jednak największe wrażenie zrobiła na niej długa blizna na prawym policzku, chyba ślad po dawnej ranie, widoczny z powodu szybko rosnącego zarostu. Wydawało jej się dziwne, że mający takie pieniądze, niewyobrażalne dla większości śmiertelników, nie zrobił sobie operacji plastycznej.
Był w eleganckim, szytym na miarę garniturze z szarego jedwabiu, ale podświadomie wyczuwała w nim skrytą, drapieżną, siłę.
Pewnie nikt, kto stykał się z nim po raz pierwszy, nie od razu potrafił otrząsnąć się z wrażenia, jakie wywierała jego twarz. Gdyby była rzeźbiarką, chciałaby ją wyrzeźbić.
– Proszę wejść, panno Telford.
Poczuła na sobie jego uważne spojrzenie. Miał czarne, nieprzeniknione oczy, przed którymi nic nie mogło się skryć. Skrzywił się lekko. Najwidoczniej nie przypadła mu do gustu.
Przy swoich stu sześćdziesięciu paru centymetrach wzrostu, pod jego taksującym spojrzeniem poczuła się jeszcze drobniejsza. Była w dżinsach i starej dżinsowej koszuli, którą kiedyś ozdobiła własnoręcznie zrobionymi stemplami. Koszula nie była zła.
Może skrzywił się, widząc jej fryzurę? Rano tak się śpieszyła, że nie zdążyła znaleźć ulubionej apaszki i zamiast niej, złapała kawałek sznurkowego łańcuszka, zaprojektowanego do wieszania doniczek z roślinami. Tym sznurkiem związała włosy. Jeśli zostawiała je rozpuszczone, wyglądały jak złocista burza.
– Przecież już weszłam. – Nie mogła się powstrzymać od zgryźliwej uwagi. Nie da mu się zastraszyć.
– Podobno to pani sprzątała w nocy mój gabinet.
Mówił doskonale po angielsku. Nigdy dotąd nie słyszała tak głębokiego głosu. Wiedziała, że nie jest do niej dobrze nastawiony, ale mimo to nie umknął jej uwagi ciekawie brzmiący, leciutki grecki akcent.
