
– Ach, tak, a więc to wasze dzieło! – westchnęli zachwyceni i, niewiele się zastanawiając, pozwolili Indrze i Marcowi zabrać ze sobą Armasa. Już wcześniej stwierdzili, że właściwie można go uznać za martwego i instrumenty niezbędne do przeprowadzenia sekcji leżały już naszykowane. Chętnie by przynajmniej zbadali, z czego jest zrobiony.
– Ale powiedzcie nam chociaż – zaczął jeden z wojskowych – skąd on się tu wziął?
– No, w każdym razie nie jest to na pewno istota pozaziemska – natychmiast odpowiedziała Indra. – Można raczej nazwać go istotą wewnątrzziemską.
– Z czasem poznacie odpowiedzi na wszystkie pytania – czym prędzej zapewnił Marco, zanim Indra zdążyła jeszcze bardziej skomplikować całą sytuację.
Oficerowie pożyczyli im nawet jeepa, którym mogli przewieźć Armasa. Proponowali także dalszą pomoc, ale przybysze z Królestwa Światła serdecznie podziękowali, twierdząc, że mają całkiem niedaleko i że niedługo zwrócą pojazd.
Wojskowi stali się uosobieniem dobrej woli.
Marco i Indra ogromnie cierpieli, widząc, jak strasznie pokaleczony jest Armas. Ram pomógł im go przenieść do gondoli, a Indra złamała chyba wszelkie przepisy dotyczące ograniczenia prędkości, pragnąc jak najszybciej oddać jeepa wojskowym. Potem całą powrotną drogę do gondoli przebyła biegiem.
W tym czasie Marco i Ram zajęli się zbadaniem Armasa.
– Wracamy do bazy w Boliwii – postanowił Ram i siadł przy pulpicie sterowniczym.
– A co z nim? Co mu się stało? – pytała Marca Indra, gdy gondola wzniosła się nad ziemią.
– Przyjrzeliśmy się trochę jego obrażeniom. Wygląda na to, że zrzucono go na ziemię z dużej wysokości. Żaden człowiek nie przeżyłby takiego upadku, lecz Armas jest przecież w części Obcym.
– I to w niemałej – mruknęła Indra. – W połowie człowiekiem, w jednej czwartej Obcym i w jednej czwartej Lemuryjczykiem.
– Nie powtarzaj tego głośno przy jego ojcu!
– A trzeba też pamiętać, że Święte Słońce również go zahartowało i niemal zapewniło mu nieśmiertelność. Co możemy teraz dla niego zrobić?
