
Marco zastanowił się.
– Tutaj niewiele. Sam chciałbym się zająć jego leczeniem, ale muszę przebywać albo w moim pałacu, albo też w tym nie mającym sobie równych szpitali w Sadze. Opuszczam was teraz, Indro. Zabiorę Armasa do Królestwa Światła.
Jego słowa wywołały takie wrażenie, jak gdyby ściana, o którą się opierali, rozsypała się w gruzy. Ani Indra jednak, ani Ram nie protestowali. Wiedzieli, że oboje potrzebni są tutaj, na powierzchni Ziemi, by dokończyć spryskiwania jej eliksirem i by dalej szukać zaginionej dwójki, Móriego i Berengarii.
– Strażnicy na Grenlandii mieli rację – powiedział Marco. – Istnieje wyraźny związek między pojawieniem się tego samolotu, który zaatakował naszych przyjaciół, i ich zniknięciem. Wspólnym mianownikiem jest duża wysokość.
Indra bez większej nadziei w głosie poprosiła:
– Daj nam znać, gdy tylko się ocknie! Może będzie mógł nam coś powiedzieć?
– Oczywiście, on przecież może nas zaprowadzić do Móriego – odparł Marco, lecz również w jego głosie zabrakło otuchy.
– Mimo wszystko nie mogę tego pojąć – wybuchnęła Indra zirytowana. – Gondola! Dlaczego nikt nie widział nigdzie ich gondoli? To, że ludzi można gdzieś upchnąć, rozumiem, ale przecież gondola Móriego miała dość znaczne rozmiary, prawda?
– Owszem, była dostatecznie duża, by dało się ją zobaczyć z odległości wielu kilometrów. Z powietrza – odparł Ram. – Nie mówiąc już o ekranach naszych radarów.
Milczeli. Patrzyli na Armasa, a Indrze znów przypomniała się, nie wiadomo dlaczego, baśń o Śpiącej Królewnie. Biała jak śnieg, czerwona jak krew i czarna jak heban. Patrzyła na białą twarz Armasa, okoloną kruczoczarnymi włosami, i krew sączącą się z niezliczonych ran.
Nie dało się wykluczyć, że każdą najdrobniejszą kosteczkę w ciele ma popękaną. Za to, że jeszcze żył, mógł dziękować wyłącznie swemu genetycznemu dziedzictwu i dorastaniu w blasku Świętego Słońca.
