
Zawsze pojawi się na naszej drodze, wcześniej czy później, jeden z tych silnych duchem, w których słabości ludzkie, szczególnie te wyjątkowo subtelne, wzbudzają wybuchy szyderczego śmiechu, prawda jest taka, że pewne nie wyartykułowane dźwięki, które czasem mimo woli opuszczają nasze usta, nie są niczym innym tylko niepohamowanym jękiem pradawnego bólu, zupełnie jak stara blizna, która nagle o sobie przypomina. Wkładając kasetę do swej sfatygowanej nauczycielskiej teczki, Tertulian Maksym Alfons, z godnością wartą odnotowania, wysila się, by nie okazać uczucia przykrości, jakie wywołało w nim bezinteresowne obwieszczenie wszem i wobec jego imienia, ale nie potrafi powstrzymać się od powiedzenia do siebie samego, chociaż jednocześnie obwiniając sam siebie za nikczemną niesprawiedliwość, myśli, że wina była po stronie kolegi i wynikała z manii, nieobcej różnym ludziom, udzielania komuś porad, choć ten o nie nie prosi. Zwykle gdy tego potrzebujemy, zrzucamy winę na coś odległego, podczas gdy w rzeczywistości zabrakło nam odwagi, by stawić czoło temu czemuś, co bezpośrednio stanęło nam na drodze. Tertulian Maksym Alfons nie wie, nawet sobie tego nie wyobraża, nie może zgadnąć, że ekspedient już żałuje swego złego i niewczesnego zachowania, inne ucho, bardziej czułe niż jego własne, będące w stanie wychwycić subtelne stopniowanie głosu, którym zawsze deklarował swą usłużność w odpowiedzi na wymuszone do widzenia, pozwoliłoby dostrzec, że za kontuarem zagnieździło się wielkie pragnienie zawarcia pokoju. Jakkolwiek by było, fundamentem handlu, wymurowanym w przeszłości i umocnionym przez wieki używania, jest maksyma, że rację ma zawsze klient, nawet w tak nieprawdopodobnym, choć możliwym, przypadku, kiedy nazywa się Tertulian.
Już w autobusie zostawiającym go blisko bloku, w którym mieszka od kilku lat, to znaczy odkąd się rozwiódł, Maksym Alfons, by użyć wersji skróconej imienia, bo