
Statek świecił pustką w oczekiwaniu na załogę mającą polecieć w próbny rejs.
W ciągu kilku godzin, jakie L’payr miał do dyspozycji, zanim odkryto jego ucieczkę, udało mu się jakoś zorientować w obsłudze pojazdu i zdołał umknąć w nadprzestrzeń. Wówczas jeszcze nie miał pojęcia, że ponieważ był to model eksperymentalny, wyposażono go w nadajnik informujący o jego położeniu.
Dzięki temu, mimo iż policja gtetańska nie miała środków, aby go ścigać, cały czas dokładnie wiedziała, gdzie się znajduje. Paruset ameboidów na ochotnika wyruszyło za nim na przestrzennych statkach o tradycyjnym napędzie, ale po jakimś miesiącu długiej i męczącej podróży międzygwiezdnej z prędkością sto razy niższą od niego, dali sobie spokój i zawrócili w stronę domu.
Żeby się ukryć, L’payr potrzebował prymitywnego i mało uczęszczanego zakątka Galaktyki. Region w pobliżu Sol pasował mu więc idealnie. Zmaterializował się z nadprzestrzeni mniej więcej w połowie drogi między trzecią a czwartą planetą. Ale zrobił to straszliwie nieporadnie (w końcu, Hoy, najtęższe umysły ich rasy dopiero zaczynają pojmować istotę napędu dwuzaworowego) i podczas hamowania stracił cały zapas paliwa. Ledwie zdołał dotrzeć do Ziemi i wylądować.
Zrobił to w nocy przy włączonym napędzie, tak że żaden z mieszkańców planety go nie zobaczył. Ze względu na całkowicie odmienne warunki życia na Ziemi w porównaniu z Gtet, L’payr wiedział, że możliwość poruszania się będzie znacznie ograniczona. Jedyne, co mu pozostało, to szukać pomocy u tubylców. Musiał wybrać miejsce, gdzie możliwość kontaktu będzie największa, a jednocześnie przypadkowe odkrycie statku mało prawdopodobne. Usiadł więc wśród pustych parceli na przedmieściach Chicago i szybko okopał statek.
