pocieszne, smutne, zewsząd, znikąd,budzące śmiech albo strach.Ale nic się nie zdarzy. Żadne, samo z siebie,nieprawdopodobieństwo. Jak w mieszczańskiej dramiebędzie to prawidłowe do końca rozstanie,nie uświetnione nawet dziurą w niebie.Na ściany niezachwianym tle,żałośni jedno dla drugiego,stoją naprzeciw lustra, gdzienic prócz odbicia dorzecznego.Nic prócz odbicia dwojga osób.Materia ma się na baczności.Jak długa i szeroka i wysoka,na ziemi i na niebie i po bokachpilnuje przyrodzonych losów– jak gdyby od sarenki nagłej w tym pokojumusiało runąć Universum.
Niespodziane spotkanie
Jesteśmy bardzo uprzejmi dla siebie,twierdzimy, że to miło spotkać się po latach.Nasze tygrysy piją mleko.Nasze jastrzębie chodzą pieszo.Nasze rekiny toną w wodzie.Nasze wilki ziewają przed otwartą klatką.Nasze żmije otrząsnęły się z błyskawic,małpy z natchnień, pawie z piór.Nietoperze jakże dawno uleciały z naszych włosów.Milkniemy w połowie zdaniabez ratunku uśmiechnięci.Nasi ludzienie umieją mówić z sobą.
Złote gody
Musieli kiedyś być odmienni,ogień i woda, różnić się gwałtownie,obrabowywać i obdarowywaćw pożądaniu, napaści na niepodobieństwo.Objęci, przywłaszczali się i wywłaszczalitak długo,aż w ramionach zostało powietrzeprzeźroczyste po odlocie błyskawic.Pewnego dnia odpowiedź padła przed pytaniem.Którejś nocy odgadli wyraz swoich oczupo rodzaju milczenia, w ciemności.Spełza płeć, tleją tajemnice,w podobieństwie spotykają się różnice