
— Ach, wie pan — rzekł bardzo wciąż podniecony profesor — to można w końcu wytłumaczyć. Światło świecy widać w ciemności, ale nie na słońcu. Prawy mózg ma może jakąś tam świadomość, ale słabiutką jak świeca, świadomość lewego jako dominująca ją gasi. To całkiem mo…
Profesor schylił się błyskawicznie, dzięki czemu nie dostał bucikiem w głowę. Lewa noga zesunęła go sobie, najpierw opierając obcas o nogę krzesła, a potem skoczyła do przodu tak silnym wyrzutem, że bucik jak pocisk, o włos minąwszy profesora, huknął w ścianę.
— Może jest, jak pan mówi — zauważyłem — ale drażliwa to ona jest cholernie.
— Być może czuje się zagrożona w niejasny dla siebie sposób, pod wpływem naszej rozmowy, a raczej tego, co mogła z niej fałszywie zrozumieć — rzekł profesor. — Kto wie, czy nie należałoby zwracać się do niej bezpośrednio.
— Tak, jak ja to robię? — domyśliłem się. — Tego nie brałem dotąd pod uwagę. Ale po co właściwie. Co pan chce jej zakomunikować?
— To zależeć będzie od jej reakcji. Pana przypadek jest unikalny. Nie było dotąd człowieka całkowicie zdrowego na umyśle, i to o umyśle nieprzeciętnym, poddanego kallotomii.
— Sprawę należy postawić jasno — odparłem, gładząc grzbiet lewej ręki, żeby ją uspokoić, bo zaczęła się ruszać zginając i rozginając palce, co mi wyglądało podejrzanie. — Mój interes nie pokrywa się z interesem nauki. I to tym bardziej, im bardziej jestem przypadkiem unikalnym, jak pan powiada. Jeżeli pan albo ktoś inny zacznie dogadywać się z NIĄ — pan wie, co mam na myśli — może to się okazać dla mnie niekorzystne, a nawet paskudnie szkodliwe, gdyby się coraz bardziej usamodzielniała.
— Och, to niemożliwe — rzekł stanowczo profesor, zbyt stanowczo jak na mój gust. Zdjął okulary i przecierał je irchą. Jego oczy bez szkieł nie miały wyrazu lekkiej bezradności, jak zwykle u tego, kto bez okularów nic prawie nie widzi. Zerknął na mnie tak bystro, jakby nie potrzebował szkieł i zaraz spuścił wzrok.
