
— Tego też jeszcze nie wiem. W każdym razie pozwolę sobie do pana zatelefonować. Tarantoga, który siedział w poczekalni, zerwał się na mój widok.
— I jakże…? Profesorze…? Ijonie…?
— Na razie żadne decyzje jeszcze nie zapadły — oficjalnie powiedział Mclntyre. — Pan Tichy ma rozmaite wątpliwości do rozgryzienia. Ja w każdym razie stoję do jego dyspozycji.
Jako człowiek słowny kazałem po drodze zatrzymać się taksówce przy jakiejś cukierni, żeby kupić kawałek tortu, który musiałem zjeść w aucie od razu, bo się tego domagała, choć sam nie odczuwałem apetytu na słodycze. Postanowiłem jednak przynajmniej przez jakiś czas nie zadręczać się pytaniami, KTO wobec tego ma apetyt, skoro nikt oprócz mnie nie mógł na takie pytania odpowiedzieć, a ja nie umiałem.
Mieliśmy z Tarantoga pokoje tuż obok siebie, więc poszedłem do niego i z grubsza przedstawiłem mu przebieg wizyty u Mclntyre'a. Ręka przerwała mi kilkakrotnie, bo nie czuła się usatysfakcjonowana. Tort był mianowicie osłodzony lukrecją, której nie znoszę. Zjadłem go mimo to, sądząc, że robię to dla niej, ale wyjawiło się, że ja i ona — ja i tamten — ja i ten drugi ja — a diabli wreszcie wiedzą, kto z kim — mamy te same gusta. Zrozumiałe o tyle, że ręka sama jeść poniekąd nie mogła, a usta, podniebienie i język były wspólne. Zaczynało mi dolegać wrażenie jak z kretyńskiego snu, trochę koszmarnego a trochę zabawnego: że noszę z sobą jeśli nie aż niemowlę, to małe, rozkapryszone, chytre dziecko. Jakoż przypomniałem sobie hipotezę jakichś psychologów, że małe dzieci nie posiadają jednolitej świadomości, ponieważ przewodzące włókna nerwowe ich spoidła są nierozwinięte.
— Tu jest jakiś list do ciebie. — Tymi słowami Tarantoga wytrącił mnie z zamyślenia. Zdziwiłem się, bo przecież żywa dusza nie wiedziała o moim miejscu pobytu. List był nadany w stolicy Meksyku, lotniczy, bez adresu nadawcy. W kopercie tkwił niewielki karteluszek z maszynowym pismem: „on jest z LA”.
