Zamiast tropić mirasze, może przecież udać się do ich legowiska i tam zastawić na nie pułapkę.


Ich prowizoryczny obóz znajdował się w jaskini; dotarli do niego o zachodzie słońca. Skalne turnie i szczyty gór rzucały teraz precyzyjne cienie o ostrych konturach. Statek cumował osiem kilometrów od nich, na dnie doliny, a jego metaliczna srebrzysta powierzchnia połyskiwała czerwonawo. W ich plecakach znajdowały się całe tuziny szmaragdów, niewielkich, lecz o wspaniałej barwie.

W porze takiej jak ta Paxton myślał zwykle o niewielkim miasteczku w Ohio, barze z wodą sodową i jasnowłosej dziewczynie. Herrera uśmiechał się sam do siebie, zastanawiając się nad pewnymi dość wystawnymi sposobami wydania miliona dolarów przed osiedleniem się na ranczo, gdzie miał zamiar prowadzić poważne interesy. Stellman zaś już układał sobie w myśli niektóre fragmenty swojej pracy doktorskiej na temat pozaziemskich zasobów drogocennych minerałów.

Jednym słowem, wszyscy byli zrelaksowani i w miłym nastroju. Paxton całkiem już wrócił do siebie po wcześniejszym ataku nerwowym. Teraz życzyłby sobie nawet, by potwór z obcej planety ukazał im się — najlepiej zielony, jeśli już można wybierać — ścigając piękną, skąpo ubraną dziewczynę.

— Jesteśmy w domu — oznajmił Stellman, gdy zbliżyli się do wejścia. — Czy chcecie dziś wieczorem gulasz z wołowiny?

Tej nocy przypadała jego kolejka gotowania.

— Z cebulką — odparł Paxton, wkraczając do jaskini.

Wtem gwałtownie odskoczył.

— A to co?! — wrzasnął.

Nie opodal przedsionka jaskini widniał niewielki kawałek pieczonej, apetycznie parującej wołowiny; obok leżały cztery diamenty i butelka whisky.

— To dziwne — stwierdził Stellman. — I odrobinkę denerwujące.

Paxton nachylił się, by dotknąć diamentu, jednak Herrera odciągnął go.



8 из 16