
— Poczekajcie — powiedział dyżurny i podszedł do podstawy.
Raz w tygodniu każdy kursant kręcił się na odśrodkowej instalacji, przyzwyczajając się do przeciążeń. Raz w tygodniu przez godzinę, całe pięć lat. Trzeba było siedzieć, słuchać jak trzeszczą kości, czuć, jak szerokie pasy wpijają się przez gruby materiał skafandra w obwisłe ciało, zauważać jak trudno mrugać, bo powieki stają się bardzo ciężkie. A przy tym każą rozwiązywać jakieś nieciekawe zadania albo tworzyć standardowe programy do maszyn obliczeniowych, co wcale nie jest łatwe, chociaż i zadania, i programy są znane jeszcze z pierwszego roku. Niektórzy kursanci wytrzymywali siedmiokrotne przeciążenia, inni odpadali przy potrójnych i przenoszono ich na wydział zdalnego sterowania.
Obroty dźwigni stały się wolniejsze, kabiny zawisły w pionie.
Z jednej wyszedł chudy, smagły Nguen Fu Dat; stanął, przytrzymując się otwartych drzwiczek. Z drugiej kabiny wypadł bezwładnie Gurgenidze. Kursanci zerwali się z ławy, ale dyżurny już pomagał mu wstać. Gurgenidze usiadł, opierając się rękami o podłogę.
— Więcej życia, Lowa! — krzyknął jeden z kursantów.
Wszyscy się zaśmiali prócz Panina.
— To nic, chłopaki — powiedział ochryple Gurgenidze i wstał. Głupstwo! — Pomasował zastygłe mięśnie twarzy. — Głupstwo! — powtórzył.
— Oho, wyniosą cię, sportsmenie, wyniosą! — powiedział Panin niegłośno, ale z naciskiem.
Kondratiew udał, że nie słyszy. Jeśli mnie dziś wyniosą, pomyślał, to wszystko przepadło. Nie mogą mnie dzisiaj wynieść. Nie powinni.
— Troszkę za tęgi — powiedział. — Grubasy źle znoszą przeciążenia.
— Schudnie — powiedział Panin. — Jak zechce, to schudnie.
Panin stracił sześć kilo, zanim nauczył się znosić pięciokrotne przeciążenia, zgodne z normą. To była straszna męka, ale bardzo nie chciał iść do ZD. Chciał zostać nawigatorem.
