
— Nie wyciągniemy — powtórzył jak echo Mandel. — W takim razie trzeba iść, Piotrze Aleksiejewiczu. Drobiazg, trzydzieści kilometrów. Za jakieś pięć godzin dojdziemy.
Nowago patrzył na czarną wodę, na której już się pojawił cieniutki lodowy wzór. Mandel spojrzał na zegarek.
— Osiemnasta dwadzieścia. Do północy będziemy na miejscu.
— Do północy — powtórzył z powątpiewaniem Nowago. — Właśnie, do północy.
Zostało trzydzieści kilometrów, pomyślał. Z tego dwadzieścia trzeba będzie przejść po ciemku. Wprawdzie mamy okulary na podczerwień, ale i tak nie jest dobrze. Że też musiało się to zdarzyć akurat teraz… Crawlerem zdążylibyśmy przed zmrokiem. Może wrócić do Bazy i wziąć drugi crawler? Do Bazy jest czterdzieści kilometrów, poza tym wszystkie crawlery w terenie… Na plantację dotrzemy dopiero rano, gdy już będzie za późno. Niedobrze!
— To nic, Piotrze Aleksiejewiczu — powiedział Mandel i poklepał się po biodrze, gdzie pod futrzaną kurtką wisiała kabura z pistoletem. — Przejdziemy.
— A gdzie instrumenty? — spytał Nowago.
Mandel obejrzał się.
— Zrzuciłem je… O, są.
Zrobił kilka kroków i podniósł niewielką torbę.
— Są — powtórzył, ścierając z torby piasek rękawem kurtki. Idziemy?
— Idziemy.
Ruszyli.
Przecięli dolinę, wdrapali się na diunę i znowu zaczęli schodzić.
Szło się lekko. Nawet ważącemu ponad osiemdziesiąt kilogramów Nowago razem z butlami tlenu, systemem ogrzewania, w futrzanym ubraniu, z ołowianymi zelówkami i w untach. Tutaj ważył dwukrotnie mniej. Malutki, szczupły Mandel szedł krokiem spacerowym, niedbale wymachując torbą. Piasek był zbity, uleżały, prawie nie było na nim widać śladów.
— Oberwie mi się od Iwanienki za crawler — odezwał się Nowago po długim milczeniu.
— Czy to pańska wina? — zaprotestował Mandel. — Skąd mógł pan wiedzieć, że tu jest kawerna? Za to znaleźliśmy wodę.
