
Instruktor spochmurniał.
— Tracimy czas, Kondratiew. Proszę wejść do kabiny.
— Tak jest — powiedział cicho Siergiej i wykonał polecenie.
Usiadł w fotelu, przypiął się szerokimi pasami i zaczął czekać. Przed fotelem było lustro; Kondratiew zobaczył w nim zasępioną, złą twarz.
Już lepiej, żeby mnie wynieśli, powiedział do siebie. Mięśnie mi zwiotczeją i zaczynaj potem wszystko od początku. Kiedy w takim razie dojdę do dziesięciokrotnych? Albo przynajmniej do ośmiokrotnych? W dodatku wszyscy uważają mnie za sportowca, pomyślał ze złością. Lekarz też. Może mu powiedzieć? Wyobraził sobie, jak opowiada lekarzowi, po co mu to wszystko potrzebne, a lekarz patrzy na niego wesołymi wyblakłymi oczami i mówi: „Zachowaj umiar, Sierioża, umiar…”
— Asekurant — powiedział Kondratiew głośno pod adresem lekarza. Jednocześnie przyszło mu do głowy, że Witalij Jefremowicz może usłyszeć to przez słuchawkę do rozmów i wziąć te słowa do siebie.
— No i dobrze — powiedział głośno.
Kabiną zakołysało. Zaczął się trening.
Gdy wyszli z sali treningowej, Panin zaczął rozmasowywać obrzęki pod oczami. Zawsze po Wielkiej Wirówce miał takie obrzęki, jak zresztą wszyscy kursanci skłonni do otyłości. Panin bardzo dbał o swój wygląd. Był przystojny i przywykł się podobać innym.
— Ty nigdy nie masz tego draństwa — powiedział do Kondratiewa.
Kondratiew milczał.
— Masz dobrą figurę, sportsmenie. Jak szczupak.
— Chciałbym mieć twoje problemy — odezwał się Kondratiew.
— Przecież ci powiedzieli, że to tylko czasowo, dziwaku.
— Glacewowi też tak mówili, a potem go przenieśli do ZD.
— No cóż — powiedział rozsądnie Panin. — Widocznie nie było mu pisane.
Kondratiew zacisnął zęby.
— Myślałby kto — powiedział Panin. — Zabrali mu ośmiokrotne. Ja na przykład jestem prostoduszny facet…
