
Teraz przed pulpitem kłębiły się maluchy. Studenci klęli, wymachiwali rękami i odpychali się nawzajem. Nagle zrobiło się cicho i rozległ się stukot klawiszy pulpitu. W męczącej ciszy zabrzęczała maszyna nad pulpitem zapaliła się czerwona lampka — sygnał złego rozwiązania. Maluchy ryknęły. Ściągnęły jednego z fotela i wypchnęły do przodu. Rozczochrany chłopak głośno krzyczał: „Przecież mówiłem!”
— Coś taki spocony? — spytał go pogardliwie Panin.
— To ze złości — odparł maluch.
Maszyna znowu zabrzęczała i nad pulpitem zapaliła się czerwona lampka.
— Przecież mówiłem! — zawył maluch.
— Przepraszam — powiedział Panin, przebijając się bokiem przez tłum.
Maluchy ucichły. Kondratiew zobaczył, jak Panin nachyla się nad pulpitem, potem szybko i pewnie zastukały klawisze, maszyna zamruczała i nad pulpitem zapaliła się zielona lampka. Maluchy jęknęły.
— Ale to przecież Panin! — odezwał się ktoś.
— To przecież Panin — powiedział z pretensją spocony młodziak do Kondratiewa.
— Spokojnej plazmy. — Panin przecisnął się przez tłum. — Róbcie tak dalej. Chodźmy, Siergieju Iwanowiczu.
Zajrzeli do pokoju obliczeniowego. Tam trwały zajęcia. Przy eleganckim szarym korpusie LANTO siedzieli w kucki trzej operatorzy i grzebali w schemacie. Z nimi tkwił smutny starosta drugiego roku Grisza Bystrow.
— Pozdrowienia od LANTO — rzucił Panin. — Bystrow nadal żyje. Dziwne.
Popatrzył na Kondratiewa i klepnął go po plecach. W korytarzu odpowiedziało dźwięczne echo.
— No, odezwij się — mruknął Panin.
— Nie trzeba, Borka — powiedział Kondratiew.
Zeszli po schodach, minęli westybul z wielkim brązowym popiersiem Ciołkowskiego i wyszli do parku. Przed wejściem chłopak z drugiego roku podlewał wężem kwiaty na klombie. Mijając go, Panin zadeklamował, przesadnie gestykulując: „Bez Kopytowa życie nie to, kochani, pozdrawiam, LANTO”. Kursant uśmiechnął się speszony i popatrzył na okno pierwszego piętra.
