
Przydzielono mu za to Dodatkowe Melony.
Na modlitewnej wieży stadko wron poderwało się pospiesznie.
Po pełnej zwrotce Miażdży On nieprawości swymi kopytami z gorącego żelaza Brutha wyjął palce z uszu i zaryzykował szybki nasłuch.
Jeśli nie liczyć odległych wronich protestów, panowała cisza.
Udało się… Trzeba pokładać ufność w Bogu, mówili wszyscy. A on pokładal — odkąd pamiętał.
Sięgnął po motykę i z ulgą stanął nad grządką.
Ostrze miało właśnie uderzyć o ziemię, kiedy Brutha zobaczył żółwia.
Żółw był mały, mniej więcej żółty i cały zakurzony. Skorupę miał mocno poszczerbioną. Miał też jedno paciorkowate oko — drugie padło ofiarą któregoś z tysiąca niebezpieczeństw, jakie zagrażają każdej powolnej istocie żyjącej o cal od ziemi.
Brutha rozejrzał się. Ogrody leżały wewnątrz kompleksu świątyń, otoczone przez wysokie mury.
— Jak się tu dostałeś, mały zwierzaczku? — zapytał. — Przyleciałeś?
Żółw przyjrzał mu się monooptycznie. Bruthę ogarnęła nostalgia. Na piaszczystych pagórkach wokół jego rodzinnego domu żyło mnóstwo żółwi.
— Dałbym ci trochę sałaty — zapewnił. — Ale żółwi nie wpuszcza się chyba do ogrodów. Czy nie jesteście szkodnikami?
Żółw wciąż mu się przyglądał. Właściwie nic nie potrafi się tak przyglądać jak żółw.
Brutha poczuł, że powinien coś powiedzieć.
— Są winogrona. To chyba nie grzech, jeśli dam ci jedno winogrono. Masz ochotę na winogrono, mały żółwiku? — zapytał.
