— Ufałem ci, Sasho. A ty mnie szpiegowałeś. Zdradziłeś Kościół.

— …żadnych imion…

— Prawda ukoi ból, Sasho. Powiedz.

— …prawda…

Vorbis westchnął. I wtedy zauważył, że palec Sasho zgina się i prostuje pod kajdanami. Wzywa go.

— Tak?

Pochylił się niżej nad ciałem.

Sasho otworzył jedyne pozostałe mu oko.

— …prawda…

— Tak?

— …Żółw Się Rusza…

Vorbis wyprostował się. Jego twarz nawet nie drgnęła. Rzadko zmieniał jej wyraz, chyba że tego chciał. Inkwizytor patrzył na niego ze zgrozą.

— Rozumiem — rzekł Vorbis. Wstał i skinął na dyżurnego. — Jak długo on tu jest?

— Dwa dni, panie.

— I możecie utrzymać go przy życiu przez…

— Może jeszcze dwa, panie.

— Tak uczyńcie. Tak uczyńcie — polecił Vorbis. — Wszak naszym obowiązkiem jest chronić życie tak długo, jak to tylko możliwe. Czyż nie?

Inkwizytor uśmiechnął się nerwowo, jak człowiek w obecności przełożonego, którego jedno słowo może go doprowadzić w kajdanach na ławę.

— Ehm… Tak, panie.

— Wszędzie herezja i kłamstwa — westchnął ciężko Vorbis. — A teraz będę musiał poszukać nowego sekretarza. To irytujące.


* * *

Po dwudziestu minutach Brutha trochę się uspokoił. Syrenie głosy zmysłowego zła chyba wreszcie ucichły. Wrócił do melonów. Czuł, że jest zdolny do zrozumienia melonów. Melony wydawały się bardziej zrozumiałe od większości innych rzeczy.

— Hej, ty!

Brutha wyprostował się.

— Nie słyszę cię, ohydny sukubie — powiedział.

— Owszem, słyszysz, mój chłopcze. A teraz chcę, żebyś…

— Wsadziłem palce do uszu!

— Do twarzy ci z tym. Naprawdę do twarzy. Wyglądasz jak waza. Do rzeczy…

— Śpiewam psalm! Śpiewam!

Brat Preptil, nauczyciel muzyki, opisał głos Bruthy jako przywodzący na myśl rozczarowanego sępa, który za późno dotarł do zdechłego osła.



13 из 280