
Feermanowi wyrwało się pełne zniecierpliwienia westchnienie.
— To wszystko wiem. Ale jakie są ich metody? Jakiego rodzaju terapii używają?
— Nie wiem, proszę pana.
— Jaki jest procent wyzdrowień?
— Sto procent, proszę pana — rzekł żywo robot. Feerman przypomniał sobie nagle coś, co wydało mu się dziwne.
— Nikt nigdy nie wychodzi z Akademii, prawda? — Nigdy nie sygnalizowano, że ktoś z niej wyszedł. — Dlaczego?
— Nie wiem, proszę pana.
Feerman zgniótł kartkę i rzucił ją do popielniczki. Wszystko to było dziwne. Akademia była tak znana, że nikt o niej nie myślał. Dla niego to zawsze było miejsce tajemnicze, dalekie, nierealne. Należało się tam udać przekroczywszy czerwoną linię, jeśli nie chciało się przejść lobotomii, topektotomii i tego wszystkiego, co oznaczało zniszczenie osobowości.
Ale oczywiście nikt nie brał pod uwagę możliwości przekroczenia dziesiątki. Już sam fakt myślenia o tym stanowiłby dowód zachwiania równowagi. A w tym przypadku jednostka nie była już zdolna rozpatrzyć alternatywy, która stawała przed nią.
Po raz pierwszy w życiu Feerman musiał przyznać, że niezbyt mu się to wszystko podoba. Należy przedsięwziąć pewne poszukiwania. Dlaczego nikt nigdy nie wychodzi z Akademii? Dlaczego nic nie wiadomo o jej metodach, jeśli leczenie zapewnia sto procent wyzdrowień?
— Może powinienem pójść do pracy — powiedział.
— Tak, proszę pana. Życzę powodzenia.
Speed zeskoczył z kanapy i odprowadził go do drzwi. Feerman schylił się, pogłaskał jego łeb.
Potem przeszedł szybko przez lożę dozorczyni i znalazł się na Sto Trzydziestej Ósmej Ulicy.
Miał prawie dwadzieścia minut spóźnienia. Wchodząc do gmachu, zapomniał pokazać świadectwo zdrowia kontrolującej maszynie.
Olbrzymi sanimetr zarejestrował jego stan. Igła przekroczyła cyfrę siedem i zapaliły się czerwone światełka.
