Oczywiście, była też „Słodka Polly Oliver”. Ojciec śpiewał ją, kiedy Polly była mała i smuciła się albo przestraszała, a ona śmiała się wtedy po prostu dlatego, że w piosence pojawiało się jej imię. Słowa znała na pamięć, zanim jeszcze wiedziała, co znaczy większość z nich. A teraz…

…Pchnęła drzwi. Sierżant z kapralem spojrzeli nad nią znad poplamionego blatu stołu. Kufle znieruchomiały w połowie drogi do ust. Odetchnęła głęboko, podeszła do nich i spróbowała zasalutować.

— Czego chcesz, mały? — burknął kapral.

— Chcę się zaciągnąć, sir!

Sierżant uśmiechnął się szeroko, od czego jego blizny poruszyły się dziwnie, a wstrząsy objęły wszystkie podbródki. Słowo „tęgi” nie stosowało się do niego, gdyż słowo „gruby” przeciskało się do przodu, by zwrócić powszechną uwagę. Sierżant nie miał talii. Miał równik. Miał grawitację. Gdyby upadł w dowolnym kierunku, toby się zakołysał. Słońce i alkohol spaliły mu twarz do barwy czerwieni, w której małe ciemne oczka połyskiwały jak odbłyski światła na klindze. Obok, na stole, leżały dwa staromodne kordy — broń mająca więcej wspólnego z tasakiem niż z mieczem.

— Tak po prostu? — zapytał.

— Tajest!

— Naprawdę?

— Tajest!

— I nie chcesz, żebyśmy najpierw upili cię do nieprzytomności? Wiesz, to taka tradycja.

— Nie, sir!

— Nie mówiłem ci o wspaniałych możliwościach awansu i kariery, co?

— Nie, sir!

— A wspomniałem, że ten świetny czerwony mundur sprawi, że będziesz musiał odganiać dziewczyny kijem?

— Raczej nie, sir!

— A wyżywienie? Każdy posiłek to prawdziwy bankiet, kiedy z nami maszerujesz! — Sierżant klepnął się po brzuchu, wzbudzając kołysania w regionach zewnętrznych. — Jestem tego żywym dowodem!



6 из 345