
Szli w milczeniu leśną ścieżką — jeszcze ciszej, gdy Ortnar dotknął ustami drzewca włóczni. Pod drzewami, gdzie nie docierał wiatr, było gorąco; ociekali potem. Ortnar wskazał na drzewo z wielką dziuplą, zwieńczone grubymi konarami.
— Tam — szepnął — widać otwór nory. — Pękaty kształt przemknął pod gałęziami, a Arnwheet chichotał z podniecenia, nim nie uciszył go ostry gest Ortnara.
Niełatwo jednak było upolować któreś z tych stworzeń. Pędziły szybko po konarach i znikały wśród liści, czepiając się zręcznie pazurami i ruchliwymi ogonami. Wystrzelone strzały chybiły. Ortnar ostro ocenił ich celność. Kerrick stał z boku, zerkając czasem na polowanie, lecz bardziej zważając na okoliczną puszczę i niebezpieczeństwa mogące się w niej kryć.
Wreszcie obaj chłopcy wspięli się na drzewo i zaczęli łukami walić w pień. Gdy po konarze ruszyła ciemna postać, groźna włócznia Ortnara szybko ją ubiła. Przebita bansemnilla skrzeknęła krótko i spadła w krzewy, skąd wyciągnęli ją krzyczący radośnie chłopcy. Kerrick podziwiał tłustość martwego ciała, a Ortnar mruczał o niepotrzebnym hałasie. Do obozu nad jeziorem wracali gęsiego, chłopcy nieśli zwierzynę przywiązaną do kija.
Gdy wynurzali się spośród drzew, Ortnar w nagłym ostrzeżeniu pchnął włócznię w niebo. Stanęli jak wryci. Przez szum liści nad głowami dobiegł ich stłumiony krzyk.
— Armun! — krzyknął Kerrick, ruszając biegiem. Wzywana wyszła z namiotu, trzymając włócznię w jednej ręce, a drugą otaczając obronnym ruchem łkającą dziewczynę.
