
— Nie dzisiaj. W lesie znaleźliśmy bansemnille i chcemy na nie zapolować.
— Brak wiedzy o stworzeniu, nazwa nieznana.
— Małe, futrzaste, długie ogony, torby; smaczne.
— Proszę rozważyć zostawienie części! Przyniesiemy w zamian ładną rybę.
— Oby wasza sieć się wypełniła, haczyki wbiły głęboko.
Nadaske, który właśnie wyszedł, usłyszał to i wyraził wdzięczność. Kerrick patrzył, jak zarzucali na ramiona zwinięte sieci, umieszczali na nich hèsotsany i wchodzili do wody, by popłynąć lekko wzdłuż porośniętego trzciną brzegu. Przebyli długą drogę od życia pod nadzorem w hanalè, w mieście. Byli teraz silni i samodzielni. Za Kerrickiem rozległ się ostry krzyk, gdy się odwrócił, ujrzał wołającego go i przyzywającego gestami Arnwheeta.
— Jesteśmy tutaj, atta.
Kerrick podszedł bliżej i zobaczył stojącego w cieniu Ortnara. Jak zawsze opierał się na trzymanej pod lewą pachą drewnianej kuli. Choroba nie zabiła go, lecz nigdy nie odzyskał pełni sił w lewej stronie ciała. Powłóczył nogą, a ręce miały tylko tyle siły, by trzymać drewnianą podporę. Mógł się tak z trudem posuwać, powoli, lecz stale. Choć nigdy się nie skarżył, musiał cierpieć — pod oczyma zrobiły mu się głębokie zmarszczki, nigdy też się nie uśmiechał. Pozostała mu jednak siła w prawym ramieniu i włócznią władał nim z dawną mocą. Skinął nią Kerrickowi w milczącym powitaniu.
— Czy łowy się udadzą? — spytał Kerrick.
— Tak — będzie uczta. Jest ich tam wiele, ale musimy upolować najtłustszą, żyjącą w drzewie. Obserwowałem je.
— Wskaż nam drogę.
Obaj chłopcy oprócz włóczni wzięli kije, lecz Kerrick zabrał tylko hèsotsan. Idąc na końcu, czuł w dłoniach drgania chłodnej żywej broni. Wypluwane przez nią strzałki niosły natychmiastową śmierć dla każdego stworzenia, nawet największego. Bez tego oręża Yilanè, nazywanego przez Tanu śmiercio-kijami, nie zdołaliby przeżyć w lesie.
