
— Musimy się dowiedzieć, co tamte robią nad jeziorem, co wiedzą o nas — powiedział Ortnar, potrząsając włócznią w bezsilnym gniewie. — Zabić je. — Powlókł się do jeziora, potknął i o mało co nie upadł.
— Zostań i pilnuj — nakazał Kerrick. — Zostawiam sammad pod twoją opieką. Pójdę z Nadaske i zobaczę, co się stało. Będziemy bardzo ostrożni. Pamiętajcie, że łowczynie widziały tylko Yilanè, nie mogą o nas wiedzieć.
„Chyba ze Imehei nadal żyje, bo wtedy o nas powie” — pomyślał, nie wypowiadając swych obaw głośno.
— Już wyruszamy — zawahał się chwilę, potem wziął drugi hèsotsan. Ortnar patrzył na to ponuro.
— Śmiercio-kije są nasze, potrzebujemy ich, by przeżyć.
— Przyniosę je z powrotem.
Zmęczony, milczący Nadaske siedział na ogonie i poruszył się dopiero wtedy, gdy Kerrick podszedł bliżej.
— Straciłem całe opanowanie — powiedział z ostrymi ruchami samoponiżenia. — Byłem głupi jak fargi na brzegu. Rzuciłem nawet hèsotsan, został tam. To przez ich głosy, usłyszałem, jak mówiły o złapaniu Imehei. Opuścił mnie rozum. Uciekłem. Powinienem był tam zostać.
— Postąpiłeś słusznie. Chodź tutaj. Weź broń. Nie zostaw jej tym razem. — Wyciągnął hèsotsan, a Nadaske wziął go bez podziękowania, umieszczając przy tym kciuk zbyt blisko pyska stworzenia. Ledwo zauważył, gdy ugryzło go ostrymi ząbkami. Dopiero wtedy powoli odsunął palec i spojrzał na kropelki krwi.
— Mam już broń — powiedział i ciężko wstał. — Mamy broń, możemy iść.
— Nie umiem tak pływać jak ty.
— Nie musisz. Jest ścieżka wzdłuż brzegu. Wróciłem nią. Ruszył zdecydowanie naprzód, a Kerrick szedł tuż za nim.
Szli długo w słońcu południa. Często stawali i Nadaske dla ochłody wchodził do jeziora. W tym czasie Kerrick chronił się w cieniu drzew. Słońce było w połowie swej drogi, gdy Nadaske zasygnalizował czujność-milczenie i wskazał ręką.
