— To tam, za tymi wysokimi trzcinami. Iść-wodą-milcząco-skrycie.

Poprowadził, brnąc w bagnie po kolana i rozchylając przy tym trzciny, tak cicho i ostrożnie, aby nie można było ich dostrzec. Kerrick trzymał się tuż za nim, idąc równie cicho przez ciemną wodę. Trzciny przerzedziły się, ruszyli wolniej, wypatrując, co jest za nimi. Pomimo konieczności zachowania milczenia z głębi gardła Nadaske wydarł się stłumiony jęk.

Dopiero po dłuższej chwili Kerrick zdołał zrozumieć, co się dzieje. Tuż przed nimi siedziała Yilanè, odwrócona do nich plecami, zaciskając dłonie na hèsotsanie. Wokół leżały pakunki i dwa inne okazy broni. Dalej tłoczyła się nieruchoma, wpatrująca się w nią grupa Yilanè. Dwie z nich trzymały jedną w dziwnym uścisku. Po chwili Kerrick zrozumiał wszystko.

Na ziemi leżał rozciągnięty Imehei. Siedziała na nim samica, przytrzymując go wyciągniętymi, nieruchomymi rękoma. Inna, równie nieporuszona, tkwiła na górnej połowie ciała Imehei. Samiec poruszył się lekko i jęknął. Obie samice pozostawały nieruchome, jakby wykute z kamienia.

Przed oczami Kerricka pojawiły się natrętne wspomnienia, zasłaniając widzianą przez niego scenę. Vaintè trzymała go tak, gdy był chłopcem, przyciskała do ziemi, biorąc siłą. Ból i przyjemność, wtedy było to dla niego czymś nowym, strasznym i dziwnym.

Teraz już nie. W ramionach Armun przekonał się, że taki uścisk może dawać ciepło i szczęście. Zapomnienie.

Widok splątanych ciał przypomniał mu wyraźnie dawne przeżycia. Opanowała go nienawiść. Przedarł się przez trzciny, brnąc głośno przez płytką wodę. Nadaske krzyknął ostrzegawczo, gdy wartowniczka, usłyszawszy go, wstała i uniosła hèsotsan.

Upadła, gdy broń Kerricka wypuściła strzałkę śmierci. Przeskoczył jej ciało, słysząc za sobą kroki Nadaske, i pobiegł ku srogiej, milczącej parze.



15 из 300