
Dopiero przed wieczorem następnego dnia zjawił się Nadaske, holując Imehei. Był wyczerpany i poruszał się bardzo powoli, często odpoczywając. Kerrick wziął hèsotsan Nadaske i ruszył na pomoc, zatrzymując pragnącego mu towarzyszyć Arnwheeta. Chłopiec posłuchał, został ssąc palec, zmartwiony i zaniepokojony, bo wiedział, że jego przyjaciołom stało się coś złego. Patrzył w milczeniu, jak wyciągali na brzeg nieprzytomnego Imehei, kładąc mu głowę na piasku, podczas gdy reszta ciała pozostawała w wodzie.
Kerrick myślał, że Imehei jest nieprzytomny, dopóki ten nie poruszył wargami i nie przemówił, leniwie kołysząc ramionami. Mówił jakby we śnie, bo nie otwierał oczu.
— Jeść… chcę jeść… głodny.
Nadaske poszedł nałapać ryb w małym stawku, który wykopali z ogromnym wysiłkiem. Rozrywał je na kawałki i wkładał do otwartych ust towarzysza. Ten powoli zamknął usta i zaczął ospale żuć.
— Jak długo to potrwa? — zapytał Kerrick.
— Długo. Nie umiem nazwać takiej ilości dni. Może wiedzą to inni, ale nie ja.
— A potem?
Nadaske wyraził ruchami nadzieję-strach, wiedzę-niewiedzę.
— Jaja się wylęgną, wyjdą elininyil, pójdą do jeziora. Imehei przeżyje lub umrze. Dopiero wtedy będziemy wiedzieć.
— Zamierzam odejść z innymi na północ, gdy tylko Armun będzie mogła chodzić. Nie możemy tu zostać, to niebezpieczne.
Nadaske skierował na niego jedno oko i wyraził przekonanie.
— Przypuszczałem, że to zrobisz. Na pewno inne będą szukały zabitych. Mogą polować w tych stronach. Nie mogę pójść z tobą.
— Wiem. Wrócę do ciebie, do was obu, gdy tylko znajdziemy bezpieczne miejsce.
— Wierzę ci, Kerricku Yilanè-ustuzou. Przekonałem się, jak podchodzisz do tych spraw, i wiem, że musisz myśleć przede wszystkim o swym ustuzou-efenburu. Zabierz je w spokojną okolicę.
