Kerrick pomagał, aż doszli na tak głęboką wodę, że Nadaske mógł płynąć. Chwycił Imehei pod pachy i uderzając potężnymi nogami, posuwał się naprzód powoli, lecz stale. Kerrick wrócił na brzeg, podniósł hèsotsan i ruszył szybko dalej. Robiło się późno, a chciał wrócić do obozowiska przed zmrokiem.

Czekali na niego. Armun spojrzała w ślad za nim i kiwnęła zadowolona, gdy zobaczyła pustą ścieżkę.

— Dobrze. Zabiłeś murgu. Najwyższa pora.

— Nie, nadal żyją. Przynajmniej teraz. — Jak mógł im to wszystko wytłumaczyć, skoro sam nie wiedział na pewno? — Zjawiły się tu trzy łowczynie murgu z miasta. Zabiłem jedną, Nadaske pozostałe dwie. Imehei jest — ranny, nieprzytomny. Nadaske niesie go z powrotem.

— Nie! — krzyknęła Armun. — Nienawidzę ich, nienawidzę, nie chcę ich tutaj.

— Mamy ważniejsze rzeczy do omówienia i nie powinniśmy zajmować się teraz nimi. Nie jesteśmy tu już bezpieczni. Skoro łowczynie z miasta dotarły aż tutaj, to na pewno zjawią się następne. Kiedyś to nastąpi.

— Przyszły przez tych dwóch, musisz ich szybko zabić…

Kerrick zdenerwował się na nią, ale się opanował, bo wiedział, czemu Armun się złości. Dziecko się opóźniało, była chora, niespokojna. Musi ją zrozumieć, uspokoić.

— Wszystko będzie dobrze. Musimy zaczekać, aż dziecko się urodzi i poczujesz się lepiej. Wtedy wszyscy stąd odejdziemy, ruszymy na pomoc, nie możemy tu zostać, łowczynie są zbyt blisko.

— A co z tymi murgu, o których tak się troszczysz?

— Zostaną tutaj. Pójdziemy bez nich. Na dziś wystarczy. Jestem głodny i chcę coś zjeść. Spójrzcie na to, mamy trzy nowe śmiercio-kije. Wszystko będzie dobrze.

„Dobrze dla nich” — pomyślał, żując zimne mięso. Ale co z samcami? Muszą tu zostać. Nie mogą odejść, dopóki Imehei pozostaje nieruchomy. Reszta sammadu musi jednak odejść jak najszybciej. Tylko to im pozostaje. Nie mają wyboru.



30 из 300