
Wstał, nie potrafił siedzieć spokojnie, rozdzierany przez strach i niepokój, wyszedł spod drzew, by spojrzeć na zalane księżycowym światłem jezioro. Patrzył na nie, lecz nie widział, mając przed oczyma lęki. Nie powinni byli tu siedzieć. Szkoda, że nie są teraz z sammadami, bezpieczni w dolinie Sasku.
ROZDZIAŁ IV
Trujące pnącza murgu zarastające dolinę Sasku zbrunatniały, zwiędły i opadły. Zostały zepchnięte do rzeki i tak zniknęły z oczu wraz z wspomnieniami o niedawnym ataku.
Herilak siedział przy ognisku, obracając w dłoniach błyszczący nóż. Nóż Kerricka z gwiezdnego metalu. Nosił go zawsze na szyi, zawieszony na mocnej metalowej obręczy, założonej przez murgu. Siedzący po drugiej stronie ogniska Sanone kiwnął głową z uśmiechem.
— W swojej głupocie myślałem, że oznacza to jego śmierć — powiedział.
— Oznacza to życie, jego i nasze.
— Najpierw nie mogłem ci uwierzyć, bałem się, że Kadair nas opuścił, że zeszliśmy ze ścieżki, którą nam wydeptał.
— Nie dbam o twego Kadaira, Sanone, bo ocalił nas Kerrick. Trzymam ten nóż, by nie zapomnieć, co uczynił…
— Nie podoba mi się, że tak mówisz o Kadairze. Herilak spojrzał przez ogień na starego człowieka, mówił z nim szczerze, bo obaj byli samotni i zaczęli się rozumieć.
— Dbam równie mało o waszego Kadaira, co wy o prowadzącego Tanu Ermanpadara. To prawda. Przerwijmy rozmowę o kierujących naszym życiem niewidzialnych mocach i zastanówmy się, co musimy zrobić. Pomówmy o dwóch moich łowcach…
— Nie słyszałem ich imion, nie wymawiam ich głośno, bo wielce zawinili. Skradli i wypili porro poświęcone Kadairowi.
