
— Według was poświęcone, według nich bardzo smaczne. Inni łowcy zazdroszczą im i prosili mnie, bym zwrócił się do ciebie o więcej napitku.
— Nie możesz o to prosić!
— Mogę, chcę też pomówić o czymś jeszcze ważniejszym. Łowcy którzy wypili wasze porro, wynieśli się z doliny. Rozbili namioty dalej nad rzeką. Postanowiłem, że sammady do nich dołączą.
Sanone spojrzał na płomienie, pogrzebał kijem w ognisku, nim się odezwał. Mówił znów spokojnie, bez gniewu.
— Czekałem, aż to powiesz, mój przyjacielu. Pomówmy o tym, a nie o porro, nigdy już o nim nie będziemy mówić. Nadeszła więc pora waszego odejścia?
— Nadeszła. Gdy razem walczyliśmy, panował między nami pokój. Najpierw w mieście nad oceanem, potem w tej dolinie. W czasie wojny przeciwko murgu zapominaliśmy o wszystkim innym. Teraz jest już po bitwie, murgu odeszły, a moich łowców męczy bezczynność. Picie porro jest tego oznaką. Dla was dolina jest domem. Dla nich pułapką, trzymającą z dala od równin i lasów, zabierającą swobodę poruszania się i obozowania, gdzie zechcą. Ja mam jeszcze jeden powód.
Sanone zobaczył, jak oczy Herilaka znów opadają na nóż i zrozumiał.
— Kerrick. Mówiłeś mi, że rosły między wami różnice. Czy nadal istnieją?
Herilak powoli pokręcił głową.
— Nie wiem. Muszę się o tym przekonać. Jestem pewny, że on żyje, bo inaczej murgu nie przerwałyby ataku i już by nas nie było. Ale czy żyje Armun i ich syn? Jeśli zginęli, to przeze mnie. Muszę mu to powiedzieć. Nie uważani go już za wroga, dziwię się, że w ogóle go za takiego miałem. Może jednak nadal myśleć o mnie jako o tym, który bardzo go skrzywdził. Trzeba z tym skończyć. Nie powinno było do tego dojść. Teraz zaczynam rozumieć, że to wszystko moja wina. Przepełniała mnie nienawiść do murgu, kipiała i obejmowała wszystkich myślących inaczej.
