
Zatrzymała się na ich widok i dłuższą chwilę spoczywała nieruchomo na ogonie. Patrząc na nigdy nie otwierane drzwi, natychmiast zrozumiała ich znaczenie i powędrowała w myślach daleko. Słońce powoli przesuwało się po niebie, aż cień drzewa objął Ambalasei i poczuła chłód. Pobudziło to ją, przeszła ponownie na słońce. Po ogrzaniu się ruszyła dalej. Przeszła obok gaju, w którym między drzewami rosły dzikie owoce. Tam zatrzymała się, rozmyślając o ich znaczeniu, nowości. Rzeczywiście, po raz pierwszy ujrzała tu kwiaty hodowane tylko dla ich piękna, co zdarzało się w innych miastach Yilanè. Może bardzo poważne Córy uważały kwiaty za rodzaj malowideł ramion, za coś lekkomyślnego i nieważnego. Uczona wróciła powoli do ambesed. Zastała je pustym, choć jako serce miasta, winno tętnić życiem. W najcieplejszym miejscu nasłonecznionej ściany, gdzie zwykle zasiadała eistaa, widniała jedynie szorstka kora. Jeszcze wolniejszym krokiem przeszła ambesed i oparła się plecami o korę w tym właśnie wybranym miejscu. Stała zatopiona w myślach, aż zwrócił jej uwagę jakiś ruch. Skierowała oko na przechodzącą Yilanè.
— Uwaga na słowa! — krzyknęła chrapliwie. Zaskoczona Yilanè stanęła i spojrzała na uczoną.
— Nie wolno ci przeszkadzać…
— Przeszkadzasz mi, że mówisz-nie-słuchasz. Milcz i zważaj na polecenie. Natychmiast znajdź Enge. Powiedz jej, że konieczna jest jej obecność. Idź.
Córa Życia zaczęła mówić o zasadach Ugunenapsy na temat wydawania rozkazów, lecz rozmyśliła się na widok budzącej smutek postawy Ambalasei, zamknęła usta i szybko odeszła.
Ambalasei odprężyła się i zaczęła radować rozmyślaniem, brakiem pracy fizycznej. Wreszcie wyczuła jakiś ruch. Stała przed nią Enge, zginając ramiona w geście przyjmowania poleceń.
— Sprowadzisz je, Enge. Nadeszła pora decyzji. Chcę się spotkać z tą garstką Cór, która ma dość rozumu, by myśleć o przyszłości miasta. Podam ci imiona tych, które pragnę widzieć.