— To bardzo ważny dzień, Setèssei. Zaprzestanie pracy fizycznej, przystąpienie do myślenia już dało znaczące wyniki. Muszę teraz przyjrzeć się wyhodowanemu przeze mnie miastu i zwrócić uwagę na jego bujność.

— Rozkazałam stanowczo, by nikt ci nie przeszkadzał w czasie spaceru.

— Jesteś doskonałą asystentką, Setèssei. Zgadujesz moje życzenia, nim je sobie uświadomię.

Setèssei opuściła głowę w pokorze, jej pierś płonęła barwami. To pamiętny dzień, bo nigdy dotąd Ambalasei tak do niej nie mówiła. Zadowalało ją przyjmowanie prac, zgoda na pomoc.

Po zaspokojeniu pragnienia Ambalasei z wymalowanymi ramionami zaczęła spacer po mieście Ambalasokei, które stworzyła na tym wrogim brzegu. Gdy szła po nim, oceniając jego wzrost, nikt się do niej nie zbliżał ani nie odzywał.

Rdzeń miasta tworzył gruby pień środkowego drzewa. W zasięgu jego konarów i korzeni rosły, splatały się i rozprzestrzeniały na wszystkie strony setki innych form życia. Czerpana przez korzenie woda przed dotarciem do baldachimu z liści była gromadzona przez wodo-owoce, czerpana przez inne rośliny i symbiotyczne zwierzęta. Ambalasei kroczyła po żywej wyściółce podłogi, utrzymywanej w czystości przez żyjące pod nią żarłoczne owady. Widziała ogrodzone sady owocowe, w których żerowały małe stadka elinou. Wolny spacer doprowadził ją nad brzeg potężnego basenu, w którym spoczywało uruketo, przyglądające się jej tępo okiem otoczonym kościstym pierścieniem. Dotarła aż do ciernistego wału, kwitnącego teraz i rozrosłego, stanowiącego grubą zasłonę broniącą przed wszelkimi napastnikami.

Następnie odwróciła się od wody i wzdłuż żywego wału przeszła przesmykiem na drugi brzeg. Trwał właśnie połów, wyciągano na brzeg sieć z gigantycznym węgorzem. Powoli skręcał swe cielsko, lecz oszołomiony trucizną dostarczoną przez Ambalasei nie stanowił żadnego niebezpieczeństwa. Stamtąd uczona zawróciła ponownie do miasta, mijając zamknięte drzwi.



41 из 300