— Córy Rozpaczy, trzymacie swą przeszłość między kciukami. Sądzę, że zginiecie, bo jesteście zbyt głupie, by żyć. Udowodnijcie, że się mylę. Jeżeli zdołacie.


Lanefenuu, eistaą Ikhalmenetsu, siedziała na swym honorowym miejscu w ambesed, pod wielką płaskorzeźbą ukazującą uruketo wśród fal. Nie była szczęśliwa. Ani trochę. To jej ambesed, jej miasto, jej wyspa. Wszystko, na co zwróciła oczy, było jej. Kiedyś czerpała z tego radość, teraz psuło to jej humor. Spojrzała zza ściany ambesed na drzewa rosnące na stokach dawno wygasłego wulkanu. Aż do zaśnieżonego szczytu, całego w bieli pomimo żaru lata. Nienawiść wygięła i wykrzywiła jej ciało, aż malujący jej ramiona Elilep musiał się szybko odsunąć. Drugi samiec drżał lekko na widok siły uczuć Lanefenuu, trzymając tacę z farbami.

Dostrzegła to i spojrzała nań jednym okiem, potem znów na wierzchołek góry. Pociągający samiec, wrażliwy. Może wziąć go teraz? Nie, nie dziś, nie tego ostatniego dnia.

Teraz drżał i Elilep, aż nie był w stanie kierować pędzelkiem.

— Dokończ malowanie — rozkazała Lanefenuu. — Chcę mieć na piersi górę i ocean, ukazane z najdrobniejszymi szczegółami.

— Wielka Eistao, słyszałem, że dzisiaj opuszczamy wyspę.

— Tak. Musimy stąd odpłynąć. Wsiądziemy na ostatnie uruketo.

— Nigdy nie płynąłem uruketo, boję się. Lanefenuu wskazała na swą pierś i dała znak porzucenia nierozsądnego lęku.

— To dlatego, że jesteś prostym samcem, wyłowionym z morza i wychowanym w hanalè, jak to powinno być. Nigdy nie opuściłeś tej wyspy i rozkazuję ci porzucić strach. Udamy się do miasta Alpèasak, większego od Ikhalmenetsu, obfitującego w nowe-smaczne zwierząta, z odpowiedniej wielkości hanalè.

Słowa Lanefenuu nie uspokoiły Elilepa, jak większość samców wrażliwego na odczucia innych.

— Skoro to dalekie jest takie wspaniałe, to dlaczego Eistaa okazuje gniew i żal?



48 из 300