Noc była tak cicha, że szepty z namiotów łowców rozchodziły się daleko. Ku swemu zadowoleniu Kerrick usłyszał śmiech jednego z nich. Kulawy Ortnar miał tu swe miejsce pomimo kalectwa. Dopóki miał czego uczyć obu chłopców, nie wspominał już o pójściu do lasu i zostaniu tam.

W oddali zawołał jakiś nocny ptak, pojedynczy krzyk podkreślający ciszę. W sammadzie było spokojnie, syto i rodzinnie. Kerrickowi to wystarczyło. Uśmiechnął się w mroku. Usłyszał szept Armun.

— Chciałabym, żeby dziecko już się urodziło. To już tyle trwa.

— Nie martw się. Wszystko będzie dobrze.

— Nie! Nie powinieneś tak mówić — wspominanie rzeczy, które się jeszcze nie zdarzyły, przynosi nieszczęście. Tak mówiła moja matka. Choć rzeka niesie jasne wody, to jednak zawsze spływa jej nurtem coś mrocznego ku tobie.

— Odpocznij teraz — powiedział, sięgając w ciemności do jej twarzy i kładąc łagodnie palec na rozszczepionej wardze. Coś wymruczała, lecz właśnie zasypiał i nie zrozumiał jej słów.

Kerrick obudził się szarym, mglistym świtem. Gorejący blask letniego słońca wkrótce rozproszy opary.

Armun westchnęła przez sen, gdy łagodnie wysuwał rękę spod jej głowy. Wstał, ziewnął i cichutko wyszedł z namiotu. Arnwheet musiał wyślizgnąć się jeszcze wcześniej, bo właśnie wracał znad jeziora, żując tłusty kawałek surowej ryby.

— Nadaske i Imehei wybiorą się dziś daleko-wokół-jeziora — powiedział. — Do miejsca, gdzie ryby żyją-rosną-roją się obficie.

Potrząsnął przy tym rybami, bo wobec braku ogona nie mógł właściwie wyrazić kontrolera wielości. Zawsze wracając od samców, rozmawiał z Kerrickiem w yilanè. Gdy przez ponad pół roku żył bez ojca i matki, nauczył się dobrze nim mówić. Nim Kerrick odpowiedział, zerknął na namiot. Przy Armun rozmawiali wyłącznie w marbaku.



9 из 300