
— Dobre ćwiczenie-marsz dla samczych-tłustych Yilanè. Aie młode ustuzou zapoluje dziś ze mną w lesie.
— Tak, tak! — Arnwheet zaczął klaskać i przeszedł na marbak. — Harl też?
— I Ortnar. Znaleźli drzewo, w którym kryją się bansemnille, i potrzebują pomocy, by je wykurzyć. Leć po swoją włócznię. Ortnar chciał, byśmy wyruszyli, póki jest chłodno.
Armun usłyszała ich rozmowę i wyszła z namiotu.
— Czy to będzie długie polowanie? — spytała zmartwiona, nieświadomie kładąc ręce na okrągłym brzuchu. Zaprzeczył ruchem głowy.
— To bardzo blisko stąd. Nie zostawię cię samej przed urodzeniem się dziecka, nie dłużej niż na chwilę. Nie bój się. Pokręciła głową i usiadła ciężko.
— Wracaj szybko. Darras zostanie ze mną — dodała, gdy dziewczyna dołączyła do nich w milczeniu. — To może być dzisiaj.
— Nie muszę iść…
— Jest jeszcze trochę czasu.
— Wieczorem zjemy bansemnille. Upieczone w glinie na węglach.
— Z wielką chęcią.
Nim wyruszyli, Kerrick poszedł wzdłuż jeziora do porosłego bluszczem szałasu, wyhodowanego przez samców nad samym brzegiem. Jeden z nich wyszedł i Kerrick przywitał go po imieniu.
— Imehei.
Kerrick uśmiechnął się w duchu, gdy pomyślał o znaczeniu tego imienia — miękki-w-dotyku. Zupełnie nie pasowało ono do tego krępego, ponurego Yilanè, który teraz ustawił ręce w pełnym szacunku geście przywitania. Przyglądał się Kerrickowi okrągłymi, pozbawionymi wyrazu oczyma. Rozchylił jednak z zadowoleniem wielkie szczęki, ukazując rząd białych, spiczastych zębów.
— Zjedz z nami-bądź z nami — powiedział Imehei.
— Już jadłem, dziękuję z żalem. Arnwheet powiedział, że dziś badacie świat?
— Dla małego mokrego-prosto-z-morza nasza krótka wycieczka wydaje się wielką przygodą-wyprawą. Dalej wzdłuż brzegu jest miejsce, gdzie trochę głęboko-źródła świeżej wody. Pełno tam dużych ryb. Chcemy łapać-jeść. Czy mały-miękki pójdzie z nami?
