
Wsadziłem kartkę do kieszeni i wyszedłem. Złote piekło zdawało się opadać na głowy tłumu, sufit z ognistej magmy, nierealnej, ale zionącej prawdziwym pożarem, i nikt nie patrzał nań, zaaferowani biegali od jednej kabiny do drugiej, zielone litery skakały w głębi, kolumny cyfr zstępowały po wąskich ekranach, inne kabiny, zamiast drzwi — rolety błyskawicznie wznoszące się przy czyimś zbliżeniu; znalazłem nareszcie wyjście.
Korytarz, wygięty, o pochylonej podłodze, jak czasem w teatrze, ze ścian wykwitały stylizowane konchy, górą pędziły słowa INFOR INFOR INFOR, bez końca.
Pierwszy raz zobaczyłem infor na Lunie i wziąłem go za sztuczny kwiat.
Zbliżyłem twarz do seledynowego kielicha, który natychmiast, nim wargi rozwarłem, zastygł w oczekiwaniu.
— Którędy mogę wyjść? — spytałem, niezbyt przytomnie.
— Dokąd? — odparł natychmiast ciepły alt.
— Do miasta.
— Do której dzielnicy?
— Wszystko jedno.
— Na który poziom?
— Wszystko jedno, chcę wyjść z dworca!
