
— Meridional, rasty: sto sześć, sto siedemnaście zero osiem, zero dwa. Tridukt, poziom AF, AG, poziom mitów okrężny, dwanaście i szesnaście, poziom nadir prowadzi w każdym kierunku południc wym. Poziom centralny — gliderów, czerwony miejscowy, biały zdalny, A, B i W. Poziom ulderów, bezpośredni, wszystkie eskale od trzeciego w górę… recytował śpiewnie kobiecy głos. Miałem ochotę wyrwać ze ściany mikrofon, który z taką troskliwością pochylał się ku mojej twarzy.
Odszedłem. Idiota! Idiota! — mełło we mnie z każdym; krokiem. EX EX EX EX — powtarzał sunący w górze, cytrynową mgiełką obrzeżony napis. Może to exit? Wyjście?
Ogromny napis. EXOTAL. Dostałem się w gwałtowny prąd ciepłego powietrza, aż mi,w nim nogawki załopotały. Znalazłem się pod wolnym niebem. Ale czerń nocy odbiegła daleko w przestrzeń, odrzucona mrowiem świateł. Olbrzymia restauracja — stoliki, których tafle jaśniały różnymi kolorami, nad nimi od dołu, więc trochę niesamowicie oświetlone twarze, pełne głębokich cieni. Niskie fotele, czarny płyn z zieloną pianą w szklankach, lampiony, z których sypały się drobne iskry, nie, świetliki raczej, jak chmary płonących ciem. Chaos świateł wygaszał gwiazdy. Kiedy podniosłem głowę, zobaczyłem tylko czarną pustkę. A jednak, zadziwiająca rzecz, w tej chwili jej ślepa obecność napełniła mnie jakby otuchą.
Stałem i patrzałem. Ktoś musnął mnie w przejściu, poczułem woń perfum, ostrą i łagodną zarazem, przeszła para, dziewczyna odwróciła się do mężczyzny, jej ramiona i piersi zatopione były w puszystym obłoku, weszła w jego objęcia, tańczyli. Jeszcze tańczą — pomyślałem — Dobre i to. Para zrobiła kilka kroków, blady, rtęciowy krąg podniósł ją wraz z innymi parami, ich ciemnoczerwone cienie poruszały się pod jego ogromną, powoli jak dysk wirującą płytą; nie opierała się na niczym, nie miała nawet osi, obracała się w dźwiękach muzyki, zawieszona w powietrzu. Poszedłem między stolikami. Miękki plastyk, po którym stąpałem, skończył się, dotykał chropowatej skały.
