U samego brzegu, obwiedzionego kamieniem, starym, jakby przymglonym od żółtawego porostu, owiał mnie na reszcie prawdziwy wiatr, czysty, chłodny. Obok stał wolny stolik. Usiadłem, nieporęcznie, plecami do ludzi, patrząc w noc. W dole rozpościerała się ciemność bezkształtna i niespodziana, dopiero daleko, bardzo daleko na jej obrzeżach tlały cienkie, chwiejne światła, osobliwie niepewne, jakby to nie była elektryczność, a jeszcze dalej wznosiły się w niebo szpady światła, zimne, cienkie, nie wiedziałem, domy czy słupy jakieś, wziąłbym je za snopy reflektorów, gdyby nie to, że znaczyła je delikatna siateczka — tak mógłby wyglądać wbity nasadą w ziemię szklany cylinder, dosięgający chmur, wypełniony na przemian wklęsłymi i wypukłymi soczewkami. Musiały być nieprawdopodobnej wysokości, wokół nich mżyło nieco świateł, pulsujących tak, że raz okalał je wieniec pomarańczowej, a raz prawie białej poświaty. To było wszystko, tak wyglądało miasto; usiłowałem odnaleźć ulice, domyślić się ich, lecz ten ciemny i jak gdyby martwy obszar w dole rozpościerał się na wszystkie strony, nie rozwidniony ani iskierką.

— Kol?… — usłyszałem wypowiedziane chyba nie po raz pierwszy, ale zrazu nie wziąłem tego do siebie. Nim się jeszcze odwróciłem na dobre, zrobił to za mnie fotel. Stała przede mną dziewczyna, może dwudziestoletnia, w błękicie, który przylegał do niej jak zakrzepły, ramiona i piersi ginęły w granatowym puchu, który stawał się dołem coraz przejrzystszy.Jej smukły, piękny brzuch był jak rzeźba w oddychającym metalu. W uszach miała coś świecącego, tak dużego, że zasłaniało konchy, małe, niepewnie uśmiechnięte wargi — umalowane, nozdrza też wewnątrz czerwone — zauważyłem, że tak właśnie nosi się większość kobiet. Ujęła oburącz oparcie fotela naprzeciw mnie, ze słowami: — Co u ciebie, kol!

Usiadła. Odniosłem wrażenie, że jest trochę pijana.

— Nudno tu — podjęła po chwili. — Nie? Weźmiemy się gdzieś, kol?



19 из 235